Marcin Jaroszewski

Trzy bajki o patologii

fot. Jag_cz/istockphoto

O tym skąd się biorą człowiecze cierpienia.

Muzykanci
Rzecz wydarzyła się w krainie słynącej z niebywale muzykalnych mieszkańców. Powiedzieć, że lubili oni grać i śpiewać, to tyle, co nic nie powiedzieć. Każdy dom przypominał małą filharmonię. Instrumenty – jakie tylko chcecie: i smyczki, i trąby, i bębny, i cymbały. W zamożniejszych znaleźlibyście i zdobione organy na dziesięć oktaw szerokie. Zamiast stołów pulpity dyrygenta, zamiast biurek klawikordy i fortepiany. Nic dziwnego, że muzykowanie wypełniało cały czas od świtu do świtu, bo i po nocach grano zapamiętale. Umuzykalnienie było tak powszechne, że gdy mieszkańcy owej krainy spotykali się ze sobą, zamiast rozmawiać z miejsca wyjmowali swoje instrumenty, stroili i rozpoczynali koncertowanie. W sytuacjach urzędowych zazwyczaj sięgano po kanon muzyki klasycznej, w gronie znajomych i przyjaciół chętnie i z żarem improwizowano.

Pośród wielu rozegranych domów był jeden od pozostałych różny. Panowała w nim cisza. Mieszkało tam dziecko, którego rodzice stronili od muzykowania. Czy się czegoś w muzyce obawiali, czy nie mieli słuchu, czy zwyczajnie nikt ich wcześniej do grania nie przysposobił,  trudno orzec. Pewne jest to, że znali jedną tylko melodię, którą od święta dziecku nucili. A gdy ono samo sił swych w muzykowaniu próbowało karcili je przyganą i surowym spojrzeniem.

Gdy dziecię podrosło w świat pójść zechciało, swego miejsca w nim szukać. I nie trzeba było długo na utrapienia czekać: znać jedną tylko melodię w świecie muzyków i muzykantów, nucić ją pod nosem przy zapalonych wirtuozach i grajkach to za mało, oj, za mało. Nijak się z innymi ludźmi melodią dogadać, nijak zrozumieć i o siebie opowiedzieć. Czara goryczy młode serce napełniać poczęła, aż wylała się obficie. Taki też był początek podróży w dalekie kraje, gdzie podobno są szkoły, w których grać i śpiewać uczą. Ale to już inna historia.

Dwaj żeglarze
Zdarzyło się, że jednym okrętem płynęło dwóch olbrzymów żeglarzy. Jeden żył na pokładzie, drugi pod pokładem. O dziwo nie spotykali się ze sobą, ba, nawet nie wiedzieli wzajemnie o swoim istnieniu. Różnili się między sobą bardzo. Żeglarz olbrzym pokładowy był wytrawnym wilkiem morskim; wyposażony w mapy i instrumenty nawigacyjne wyznaczał pewny kurs i dokładał wszelkich starań by okręt mijał niebezpieczne skały i zdradliwe mielizny. Żeglarz olbrzym podpokładowy był z kolei wcieleniem krwawego korsarza, awanturnika i pijanego bosmana w jednym; rzucał się bez opamiętania w każdą ze stron, która wydała mu się pociągająca i której akurat zapragnął, bez troski o okręt i swe życie. Jak już wiemy obaj żeglarze nie spotykali się ze sobą, a działo się tak z tego prostego powodu: olbrzym pokładowy żeglował za dnia, podpokładowy nocą.

Życie na okręcie, jak możecie sobie wyobrazić, nie należało do najłatwiejszych – dla żeglarza dziennego rzecz jasna, bo nocny za sprawą swej gorącej głowy niczego się nie lękał i niczym nie trapił. Dzienny żeglarz poza tym, że stawiał czoła falom i niepogodom musiał jeszcze zadbać o porządek na samym statku. A nie była to łatwa sztuka. Za każdym razem, gdy tylko zapadł w głębszy sen na pokładzie działy się, sądząc po skutkach, piekielne harce: poplątane liny, pomieszane mapy, zmieniony kurs. Olbrzym żeglujący za dnia zaczynał przeczuwać, że na okręcie musi być oprócz niego ktoś jeszcze. Więcej nawet, przeczuwał, że ten ktoś żyje w głębi statku, skąd dochodzi głos złowieszczego trzeszczenia, gdzie promienie słoneczne nie sięgają i panuje wilgotny mrok. Bał się jednak zajrzeć pod pokład. Kto by się nie bał? Dlatego im większy nieporządek zastawał po nocy, tym więcej siły i starania wkładał w ryglowanie drzwi do ładowni i uszczelnianie szpar między deskami pokładu. Bezskutecznie. Żeglowanie z porywającej przygody zwolna stawało się udręką. W dodatku coraz bardziej niebezpieczną. Im bardziej żeglarz olbrzym dzienny zajęty był pilnowaniem drzwi i klapy, tym miej uważnie nawigował i mniejszą troską otaczał sam okręt. Tak, że statek zaczął podupadać i coraz częściej ocierał się burtą o skałę, a groza jesiennych sztormów stawała się wielka jak nigdy dotąd.

Czy okręt leży już na dnie, czy wciąż przecina morskie fale, nie wiadomo.

Dzbanek
Zdarza się. Niestety, ale się zdarza. Stłukł się dzbanek. Dla ścisłości trzeba powiedzieć raczej, że został stłuczony – nie cisnął wszak sam siebie z rozmachem na ziemię, przynajmniej za pierwszym razem.

Gliniany dzbanek był ulubionym spośród naczyń kuchennych. Może to za sprawą swojej urody, a zdobiony był wzorem z maków i rumianków; może praktyczności, bo mieścił w sobie akurat tyle mleka ile trzeba by napili się wszyscy mieszkańcy chałupy, a może jedno z drugim razem. Dość powiedzieć, że cieszył swoim widokiem i chętnie poń sięgano. Aż zdarzyło się to nieszczęście. Pokłócili się tego dnia chłop z babą niemiłosiernie. Gromami ciskali w siebie jak w tarcze, a gdy słów zabrakło rzucać zaczęli, co im w ręce wpadło. Wpadł i dzbanek. A że kruchy – na sto kawałków się rozpadł. Szkodę odkryto dopiero po czasie, gdy nerwy opadły i chałupę sprzątać zaczęto. Długo sklejano skorupy, bardzo długo. Udało się w końcu dzbanek naprawić, przynajmniej tyle, że na półkę wrócił. Nie było to jednak już to samo, co kiedyś gliniane naczynie. Jakby bardziej strapione się stało, w sobie zamknięte, bojaźliwe, jeśli tak o dzbanku mówić można. Ślady po pęknięciach, choć z czasem blednąć zaczęły gładką niegdyś powierzchnię wciąż bliznami przecinały. Mówiono nawet, że mleko szybciej niż kiedyś w dzbanku kwaśniało.

Coraz rzadziej więc po dzbanek sięgano. I zdarzyła się rzecz przedziwna. Choć wszyscy się zaklinali, że do tego ręki nie przyłożyli i ani kota, ani pchniętej wiatrem okiennicy za winnych wskazać nie można było, dzbanek znów spadł na ziemię i jak wcześniej na kawałki się rozleciał. I tym razem jednak udało się go do jako takiego porządku doprowadzić. Minęło czasu trochę i znów dzbanek na ziemi w mak rozsypany i jak uprzednio mozolnie w całość sklejony. Czy to urok jakiś, że dzbanek na ziemię raz za razem leciał?  Jeden z gości, co w chałupie bywał na wszystkie świętości raz przyrzekał, że widział jak dzbanek sam się z wysokości na ziemię rzucił. Ale kto by mu wierzył?

Komentarz:
Psychologiczne imiona bajkowych historii (przy całym ich uproszczeniu) to: deficyt, konflikt i trauma.



Marcin Jaroszewski

Marcin Jaroszewski

Psycholog, psychoterapeuta; mieszka i pracuje w Olsztynie.

Wstecz

comments powered by Disqus