Marcin Jaroszewski

Szpara w parkanie

fot. wundervisuals/istockphoto

Jakiś czas temu spotkałem w poradni chłopca. Przyszedł razem z matką skierowany przez szkołę. Powód zgłoszenia: niewłaściwe zachowanie; załącznik: opinia wychowawcy szkolnego – fabularyzowany wyciąg z dzienniczka uwag.

Chłopiec chętnie podjął rozmowę, pozwalał się poznawać z interesującej mnie perspektywy. Tak, jak potrafił opowiadał o swoich odczuciach i myślach towarzyszących różnym sytuacjom w domu i szkole. Z matką chłopca rozmawialiśmy krócej, wyłącznie tyle, ile było konieczne do ustalenia okoliczności zgłoszenia i stanu zdrowia dziecka (w sytuacji kiedy potrzebny jest pogłębiony wywiad umawiamy się z rodzicem na spotkanie w innym terminie,  tak aby zaoszczędzić dziecku pozostającemu w poczekalni godziny niepokoju)

Po zakończonym spotkaniu chłopiec miał (najpewniej) nowe wrażenia; matka, ustalony termin wizyty; ja, wstępny psychologiczny szkic, pytania do rodzica w czasie wywiadu i hipotezy do zbadania w czasie ewentualnego dalszego kontaktu z dzieckiem.

I tak najpewniej potoczyłaby się ta historia, gdyby nie wiosna – sygnał do przeniesienia się z mieszkań na podwórza. Tak, istnieją jeszcze dzieci spędzające czas na świeżym powietrzu. Owszem, różnie można oceniać ich podwórkowe aktywności, ale nie można jeszcze traktować jako gatunku wymarłego na skutek epoki zwirtualnienia. Wśród tych dzieci okazał się być również wspomniany chłopiec.

I w odkryciu tym nie było nic specjalnie wyjątkowego. Nie zauważyłem wcześniej, zapisując adres dziecka, że na ulicach na których mieszkamy – on i ja, sąsiadują ze sobą, także nasze lokalne przestrzenie w pewnej części siłą rzeczy pokrywają się. Miałem więc naturalną okazję zobaczyć chłopca w warunkach zupełnie innych, niż gabinetowe, więcej nawet, innych, niż szkolne: podczas spontanicznej zabawy z wybranymi przez siebie rówieśnikami. Trwało to właściwe kilka chwil: trochę gonitwy, strzelanie z karabinu (patykowego), przepychanki, nawoływania, pozbywanie się opróżnionej butelki po napoju.

Sytuacja treściwa w swojej żywiołowości jak świeżo parzone espresso. Moje wcześniejsze wyobrażenia i wstępne założenia, nawet jeśli były tylko szkicem zdumiały swoją bladością. Niesamowite, pomyślałem, jak niewiele o nim wiedziałem próbując wyjaśnić jego nieakceptowane w szkole zachowania. Nawet, gdybym w czasie rozmowy poznał imiona wszystkich jego podwórkowych kompanów, wiedział o fabułach i przebiegach zabaw miałbym tylko mgliste wyobrażenie o ich faktycznej dynamice, a to przecież tylko drobny fragment funkcjonowania.

W sytuacji mojego sąsiedztwa z diagnozowanym dzieckiem dalszym badaniem zajął się inny psycholog (w porozumieniu z rodzicem) – uważam, że nie jest dobrym jednostronnie wiedzieć o intymnych sprawach rodzinnych osób, które spotyka się w kolejce do warzywniaka, tym bardziej, gdy nie ma takiej konieczności.

Właściwie po co o tym piszę? To przecież oczywiste. Sytuacja w gabinecie jest zawsze w pewien sposób technicznie wykreowana i przez to mniej naturalna. Można ją rozumieć jako okoliczność eksperymentalną, próbnik, wycinek; małe laboratorium, w którym odtwarzają się istotne procesy (w koncepcji psychoanalitycznego przeniesienia).

Chociaż ustalenia poczynione w ramach ścian gabinetu mogą być bardzo do rzeczy i w dodatku pomocne –  zawsze są uwarunkowanym w ten, czy inny sposób, fragmentem. Inaczej być nie może, zwyczajne ograniczenie, które należy uwzględniać, i z którym należy się liczyć. Piszę z powodów raczej emocjonalnych – to jednak robi wrażenie, kiedy praktykowany szacowny punkt widzenia okazuje się szparą w parkanie. Większą, mniejszą; taką, przy której można się pogimnastykować, żeby dojrzeć więcej – ale zawsze szparą. I mam nadzieję o tym nie zapominać.




Marcin Jaroszewski

Marcin Jaroszewski

Psycholog, psychoterapeuta; mieszka i pracuje w Olsztynie.

Wstecz