Marcin Jaroszewski

Psychologia w metaforach cz. 13 - Z człowiekiem (rodzicem) jest jak z palaczem fajki

Pozostawiamy na boku rozważania o szkodliwości rzeczonej inhalacji.

Myli się grubo kto myśli, że wystarczy napchać do fajki tytoniu, podpalić i wciągać dym. Podobnie, jak myli się ten kto uważa, że wystarczy dziecko ubrać i nakarmić aby było szczęśliwe i odnosiło się z szacunkiem do rodzica. Palenie fajki jest sztuką. Trzeba ją najpierw dobrze przygotować umiejętnie układając kolejne warstwy tytoniu. Palić trzeba w sposób odpowiedni do gatunku i rodzaju tytoniu, a samych sposobów cięcia aromatycznych liści jest kilkanaście. Kiedy pali się za wolno fajka gaśnie, kiedy za mocno przegrzewa. Znawcy tematu powiedzą, że dla smakowania pełnego niuansów tytoniowego dymu trzeba palić chłodno i sucho prowadząc spiralnie punkcik żaru w głąb fajkowego komina. Przyjemność dobrze palonej fajki jest przedziwnym połączeniem koncentracji i relaksu.

Czy podobnie można rozwodzić się nad rodzicielstwem? Czy można o nim mówić jako źródle głębokiej satysfakcji i przyjemności. Można. Dlaczego więc rzesze rodziców przeżywają wychowywanie dziecka jak orkę na ugrze? Dziecko widzą jako niewdzięczne i nieczułe, siebie jako zmęczonych i bezradnych. Dlaczego w rozmowach o rodzicielstwie często pojawia się słowo „porażka”? Jedna z odpowiedzi brzmiałaby, iż wychowanie jest sztuką, umiejętnością wymagającą „nabycia i doskonalenia”. Nikt przecież rodzicem się nie rodzi – rodzicem się staje (co należy odróżnić od „zostawania rodzicem”).

Naturalną drogą nabywania kompetencji wychowywania swoich dzieci jest pomyślna identyfikacja z pozytywnym obrazem własnego rodzica. Częściowo jawna, częściowo nieuświadamiana chęć bycia jak rodzic w połączeniu z osobistym wkładem, daje autorski i niepowtarzalny styl satysfakcjonującego rodzicielstwa. Nie wszyscy jednak, z różnych powodów, mają tak naturalnie-prosto. Wiele osób rozpoczyna swoją przygodę bycia rodzicem bez wystarczającego zaplecza pozytywnych dziecięcych doświadczeń. To, co skądinąd mogłoby być źródłem satysfakcji staje się pasmem udręki. Dziecko, krew z krwi i kość z kości, staje coraz bardziej obcą, niezrozumiałą osobą, z którą nijak idzie się porozumieć zwłaszcza w sytuacjach nawarstwiających się konfliktów. Wychowywanie zmienia się w zadanie godzące w samoocenę rodzica, zwłaszcza jeśli żywi on przekonanie o możliwości dysponowania dzieckiem jako obiektem wychowawczym. Jeśli efekt oddziaływań rodzicielskich jest inny od zamierzonego, czyli potomek sprawia trudności, coś musi być nie tak, albo z samym wadliwym dzieckiem-obiektem, albo nieumiejętnym rodzicem-technikiem. Problem jest o tyle bolesny, że o ile gasnącą albo parzącą fajkę można wyrzucić, z dzieckiem nadal mieszka się pod jednym dachem i nie można ignorować kolejnych wezwań ze szkoły.

Część rodziców przeżywających swoje rodzicielstwo jako pracę nie mniej beznadziejną niż trud Syzyfa postanawia szukać pomocy. Czasem biorą oni udział w specjalnie przygotowany warsztatach i kursach. Skoro nie mieli możliwości nauczenia się jak być rodzicem w swoim własnym domu uczą się tej sztuki już jako dorośli w innych wybranych przez siebie okolicznościach. Co ich czeka? Najpierw dowiedzą się, że dziecko jest tak samo jak oni osobą z wszystkimi należnymi jej naturalnymi prawami – do godności i stanowienia o sobie. Że nie ma mowy o wzbudzaniu w dziecku gotowości do współpracy (co nie jest tożsame z jego uległością) bez szanowania jego perspektywy i w myśleniu w przeżywaniu. Dowiedzą się również, że uczucia dziecka są tak samo ważną sprawą jak ich własne; że dziecięce cierpienie jest nie mniej dotkliwe, niż ich cierpienie, a może i bardziej trudne do zniesienia, ponieważ dziecko nie dysponuje takim repertuarem możliwości radzenia sobie z trudnościami jak jego rodzic. Przekonają się, że dziecko nie jest miniaturą dorosłego, że za sprawą ograniczeń wynikających z niedojrzałości intelektualnej i emocjonalnej widzi siebie i świat w swój dziecięcy sposób i przemawianie do niego jak do dorosłego musi być chybione. To fundament. Dalej rodzic będzie miał możliwość poznawania sposobów reagowania w sytuacjach sprawiających szczególne trudności. Dowie się jakie są alternatywy dla dyscyplinującego karania. Pozna sposoby komentowania zachowania dziecka, tak aby rozwijać jego kreatywność i zdolność kierowania własnym zachowaniem. Będzie miał szansę nauczyć się sposobów wyrażania własnych odczuć zadowolenia i złości. Zobaczy możliwości komfortowego dla siebie i korzystnego dla dziecka stawiania granic i wymagań. Będą to ogólne wskazówki albo gotowe pomysły, generalne zasady albo konkretne rozwiązania. Oczywiście rodzic może potraktować je jako nowe, bardziej subtelne, narzędzia manipulowania dzieckiem. Może również zyskać dzięki nim inną perspektywę rodzicielstwa będącego czymś więcej niż stosowaniem technik wychowawczych.

Wracając do metafory. Paląc tytoń można po prostu kurzyć papierosa albo pykając fajkę delektować się mieszanką trzech różnych rodzajów Virginii, słodkiego Black Cavendisha i aromatycznego Burleya wzbogaconych aromatem miodu i pomarańczy z kończącą wszytko nutą wanilii.

 

M.J.

 

Dla zainteresowanych tematem przydatne nazwiska: 

Thomas Gordon

Adele Feber

Elaine Mezlisch

Marcin Jaroszewski

Marcin Jaroszewski

Psycholog, psychoterapeuta; mieszka i pracuje w Olsztynie.

Wstecz

comments powered by Disqus