Jacek Krzysztofowicz

Przeciwieństwa

fot.Kerstin Waurick/istockphoto

Nie mamy wpływu na atmosferę polityczną, którą oddychamy w naszym kraju, ale mamy wpływ na to, jak postrzegamy rzeczywistość.

reklama

Konflikt, zwalczanie się przeciwieństw to istota polityki. Nie ma w tym niczego złego. Nikt nie ma monopolu na prawdę i naiwnością jest sądzić, że możliwe jest zbudowanie społeczeństwa, w którym wszyscy będą się łatwo we wszystkim zgadzać. Czymś naturalnym jest wyłanianie się koncepcji wspólnego dobra w drodze niekończącej się debaty prowadzonej z różnych, często przeciwstawnych, punktów widzenia. Ścieranie się racji i poglądów, zmaganie różnych sił i interesów winno służyć wypracowaniu kompromisowych rozwiązań.

Niestety, to tylko piękna teoria. Polityka w praktyce, w otaczającej nas rzeczywistości jest czymś zupełnie innym. Bardziej niż debatę przypomina wojnę, w której chodzi o zniszczenie przeciwnika. Jej siłą napędową nie jest troska o dobro wspólne, a raczej pogarda i nienawiść.

Niestety, te mechanizmy i emocje nie dotyczą tylko ludzi bezpośrednio zaangażowanych w sprawowanie władzy. Dotykają one praktycznie nas wszystkich. Przełomem w myśleniu o emocjonalnym angażowaniu się w politykę było dla mnie wydarzenie, które miało miejsce kilkanaście lat temu. Bawiąc w domu znajomych, dałem się wciągnąć w rozmowę o wyborczych preferencjach. Skończyła się ona dla mnie trzaśnięciem drzwiami i wyjściem bez pożegnania. Kiedy ochłonąłem, zadałem sobie pytanie: co ja robię? Jakim siłom pozwalam w sobie działać, że dopuszczam się takich zachowań?

Gdy myślimy czy rozmawiamy o polityce, zachowujemy się często jak wyznawcy manicheizmu. Mani, twórca tej doktryny, twierdził, że świat jest areną niekończącej się walki sił dobra i zła, światła i ciemności. Celem tej walki jest całkowite unicestwienie przeciwnika. Każdy człowiek musi wybrać którąś ze stron i walczyć w jej obronie. Jakikolwiek kompromis między nimi jest niemożliwy. „Bóg i szatan nie wydają wspólnych oświadczeń”. Oczywiście „my” zawsze stoimy po stronie światła, „oni” zaś zawsze są sługami ciemności.

Manichejskie postrzeganie świata nie jest na szczęście jedynym możliwym. Dobrą alternatywą jest zrodzona w tradycji filozofii chińskiej koncepcja jin-jang. W tym ujęciu siły przeciwstawne zawsze w jakiś sposób się dopełniają. Noc i dzień, gorąco i zimno, męskość i kobiecość nie są wrogimi sobie siłami, a wzajemnie się równoważą. Nikt nigdy nie jest więc posiadaczem pełnej prawdy, a od przeciwnika zawsze możemy się czegoś nauczyć.

Nie mam złudzeń co do możliwej zmiany na lepsze atmosfery politycznej, którą wszyscy w naszym kraju oddychamy. Nikt z nas nie ma na nią najmniejszego wpływu. To natomiast, na co wpływ mamy, to własne postrzeganie rzeczywistości i związane z nim jej emocjonalne doświadczanie. Tu mamy wybór. Każdy może zdecydować: manicheizm czy jin i jang? Co jest dla mnie lepsze: opowiedzieć się po stronie tego, co postrzegam jako światło, bezwzględnie odrzucając wszystko i wszystkich, którzy mu się sprzeciwiają, czy spróbować uznać, że światło i ciemność mogą się dopełniać?

Pierwsza ścieżka jest prostsza – wygodnie jest postrzegać siebie i tych, którzy myślą podobnie, jako mądrzejszych i moralnie lepszych. Myślącym inaczej przyklejamy łatkę ludzi głupich lub cynicznych. Niestety, na ogół okazuje się wtedy, że po drugiej stronie barykady umieszczamy mniej więcej połowę spotykanych ludzi, wliczając w to przyjaciół i członków rodziny.
Druga ścieżka jest o wiele trudniejsza i bardzo mało popularna. Polega ona na nieustannym kwestionowaniu własnych przekonań (bo trudno ich nie mieć) i szukaniu prawdy i dobra w tym, z czym odruchowo trudno się nam zgodzić. Na tej ścieżce nie trzeba budować barykad.

Co jest lepsze? A może raczej: co jest dla mnie lepsze? Wynik tego wyboru zależy akurat całkowicie ode mnie.


Jacek Krzysztofowicz

Jacek Krzysztofowicz

Wstecz

comments powered by Disqus