Jacek Krzysztofowicz

Pojednanie

Pojednać trzeba się w gruncie rzeczy nie z tym, kto skrzywdził, a ze sobą. Przywrócić jedność, złożyć wewnątrz siebie to, co zostało podarte i rozerwane.

Żyjemy w świecie, gdzie każdy jest narażony na doświadczanie przemocy. Każdy z nas nieraz jej zaznał – jeśli nawet nie tej fizycznej, to z pewnością emocjonalnej. Rodzice potrafią (na ogół nieświadomie) krzywdzić swoje dzieci, rówieśnicy stosują przemoc wobec kolegów, dorośli nawzajem się wykorzystują, oszukują, używają innych dla osiągnięcia własnej korzyści.


Doświadczanie przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej, bycie nadużytym, oszukanym, zdradzonym to część losu każdego człowieka. Niestety, powszechność tego doświadczenia w żaden sposób nie przekłada się na łatwość uporania się z nim. Poczucie krzywdy jest raną, która trudno się goi – tym trudniej, oczywiście, im większy ból towarzyszył jej zadaniu.
Choć nie każdy z nas wyznaje wiarę chrześcijańską, to jednak praktycznie wszyscy urodziliśmy się i wychowaliśmy w kulturze kształtowanej przez moralność zakorzenioną w Ewangelii. A ta każe wybaczać krzywdy: „Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: «Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie? Czy aż siedem razy?». Jezus mu odrzekł: «Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy»”. Próbujemy więc wybaczać... Niestety, okazuje się, że nie jest to proste.


Mówiąc samemu sobie czy też co gorsza innym: „powinieneś przebaczyć”, do bólu związanego z doznaną krzywdą dokładamy jeszcze dodatkowy ciężar. „Powinienem”, ale nie wiem jak, nie potrafię... „Powinienem przebaczyć”, czyli zapomnieć, ale zapomnieć się nie da... „Powinienem przebaczyć”, czyli przestać odczuwać gniew na sprawcę, ale odczuwam... Nie tędy droga. Nie prowadzi ona też przez zaprzeczanie temu, co się czuje. Nie ma sensu wmawianie sobie, że „już przebaczyłem”, kiedy rana ciągle krwawi. Uczucia związane z doświadczoną krzywdą wymagają szczególnej ochrony i nie wolno im niczego nakazywać – one niczego nie „powinny”.


Choć „obowiązek” przebaczenia odnosimy do sprawcy krzywdy, to jednak, o dziwo, relacja z nim wcale nie jest najważniejsza. Ważniejsze jest, że mamy sprawę ze sobą. Pojednać trzeba się w gruncie rzeczy nie z tym, kto skrzywdził, a właśnie ze sobą.


Dlaczego przebaczanie jest tak trudne? Dlaczego trwa długo i pochłania tyle energii? Przebaczanie to proces, w którym stopniowo nabywamy umiejętność powiedzenia TAK temu, co się stało, i TAK temu, co wskutek tego czujemy. Po pierwsze, uczuciu gniewu (a czasem wręcz wściekłości czy nienawiści). Początkowy etap pojednania się z samym sobą to uznanie, że mam prawo doświadczać tych uczuć – bo to, co mi uczyniono, nie było w porządku, takich rzeczy nie wolno robić, a sprawcy należy się kara.


Zgoda na doświadczaną złość to jednak tylko pierwszy etap. Pod nią często są ukryte uczucia o wiele trudniejsze do przyjęcia – przede wszystkim ból. Nikt nie lubi odczuwać bólu – właśnie dlatego usilnie próbujemy go pomniejszać albo zapomnieć o tym, co jest jego przyczyną. Ból trzeba jednak dopuścić do głosu, pozwolić mu wydostać się na zewnątrz. Wtedy okazuje się, że on nie zabija, a wręcz przeciwnie – zaczyna się zmniejszać.


Wreszcie to, co być może jest najtrudniejsze: zgoda na bezsilność i związane z nią poczucie winy. Bo przecież mogłem do tego nie dopuścić – przewidzieć, obronić się, nie zaufać tak bardzo... Tyle że wszystko to wiemy dopiero po fakcie. Wtedy nie wiedziałem, nie umiałem, nie mogłem...


Słowo przebaczenie ma sens, ale prawdę mówiąc, wolę mówić o pojednaniu. Istotą tego procesu jest bowiem przywracanie jedności, składanie wewnątrz siebie tego, co zostało podarte i rozerwane. Gdy dobiegnie ono końca, okazuje się, że osoba sprawcy nie ma już większego znaczenia.

Jacek Krzysztofowicz

Jacek Krzysztofowicz

jest teologiem i psychoterapeutą. Prowadzi terapię indywidualną osób dorosłych, małżeństw i par. Współpracuje z Polskim Instytutem Ericksonowskim w Łodzi.

Wstecz

comments powered by Disqus