Jacek Krzysztofowicz

Patrzeć

Nie zwracając uwagi na niechciane doświadczenia, nie sprawimy, że znikną one z naszej pamięci. Żeby coś zmienić, trzeba najpierw to zaakceptować. Przyjrzeć się temu uważnie i z miłością.

Kiedy spojrzymy wstecz na nasze życie, pamięć z pewnością przywoła zdarzenia, które wolelibyśmy, aby nigdy nie miały miejsca. Osoby, których wolelibyśmy nie spotkać. Szanse, z których nie odważyliśmy się skorzystać. Często w takich momentach odwracamy od nich wzrok i udajemy, że to się nigdy nie zdarzyło. Albo pomniejszamy ich wagę. Zaprzeczamy faktom.


Być może to, czego nie chcemy widzieć i o czym nie chcemy pamiętać, to wina – coś, co zrobiłem/zrobiłam i za co ciągle nie potrafię wziąć odpowiedzialności, wypierając się, bagatelizując, zaprzeczając... Może to jest krzywda wyrządzona drugiemu człowiekowi – ciężar zdrady, oszustwa, nieudzielenia pomocy. Być może tym drugim człowiekiem jest własne dziecko, skrzywdzone fizyczną czy emocjonalną przemocą. A może jest to aborcja... Jakieś zdarzenie, które naprawdę miało miejsce, a do udziału w którym tak trudno naprawdę przyznać się przed samym sobą.


Co w takiej sytuacji może uzdrowić pamięć i przynieść ulgę? Trzeba popatrzeć tam, gdzie się do tej pory patrzeć nie chciało i powiedzieć: tak, zrobiłem, zrobiłam to. Tak, naprawdę. To moja wina. Może wystarczy tylko to, a może trzeba będzie jeszcze samemu sobie wybaczyć, bo choć byłem sprawcą, może byłem też wówczas ofiarą – okoliczności, braku doświadczenia, bezsilności...


A może nie chodzi o winę, ale o ciągle niezagojoną ranę. O doznaną krzywdę czy przeżytą stratę, która wciąż boli... Wydaje się, że jedynym schronieniem przed pustką i bólem jest ucieczka w zapomnienie, w niepamięć – by nie dotykać, bo każde dotknięcie na nowo otwiera to, co się jako tako zagoiło.


Co wtedy może być rozwiązaniem definitywnie leczącym skutki przeżytego dramatu? To samo: trzeba zacząć patrzeć. Pozwolić popłynąć emocjom i łzom. Bo uczucia, gdy dajemy im w sobie należne miejsce, same prowadzą nas w stronę rozwiązania. Zatrzymywane przez lata uczucia są jak tama na rzece. Przywołanie ich sprawia, że zapora rozpada się, a lawina wody, choć przez moment wydaje się żywiołem, który niszczy i którego nic nie zatrzyma, po chwili odnajduje swe koryto i znowu zaczyna płynąć jako czysta i mocna rzeka.


A może to, czego nie chcemy widzieć, nie jest ani winą, ani cierpieniem, ale lękiem. Mówimy sobie: ja wcale tego nie chcę, do niczego mi to nie jest potrzebne, jestem zadowolony z tego, co mam. W rzeczywistości zaś nie potrafimy zdobyć się na odwagę, by zrobić krok w jakimś kierunku, by schylić się po coś, co na nas czeka. Nie chcąc kontaktować się z własnym lękiem, odwracamy wzrok od tego, czego naprawdę pragniemy, zadowalając się nie do końca chcianym życiem na pół gwizdka.


Co wówczas jest rozwiązaniem? Oczywiście to samo: zacząć patrzeć. Przyznać się przed samym sobą do swoich pragnień i lęków. Bo strach ma wprawdzie wielkie i przerażające oczy, ale tylko gdy patrzymy w nie z daleka. Gdy zaczynamy się do niego zbliżać, jego oczy normalnieją i łagodnieją.


Każdy nosi w sobie niechciane doświadczenia. Często mamy nadzieję, że niezwracanie na nie uwagi czy wręcz zaprzeczanie ich istnieniu sprawi, iż znikną z naszej pamięci i snów. Tak się, niestety, nie dzieje. Tracimy jedynie energię na budowanie i podtrzymywanie murów oddzielających nas od tego, co budzi lęk, ból i poczucie winy.


Żeby coś zmienić, trzeba najpierw to zaakceptować. Przyjrzeć się temu uważnie i z miłością. Właśnie tak, z miłością – bo każde wewnętrzne doświadczenie i uczucie jest częścią mnie, mojego Ja. Im bardziej i mocniej mówię każdej z tych części TAK, tym bardziej staję się kompletny – w pełni sobą.

Jacek Krzysztofowicz

Jacek Krzysztofowicz

Wstecz

comments powered by Disqus