Marcin Jaroszewski

Na błysk

fot. the_renderfish/istockphoto

Dialog kryminalny z futurologią psychologiczną w tle

osoby: Policjant
           Przesłuchiwany

miejsce: Niewielkie pomieszczenie z szafą stalową w tle, ciasno. Światło mętne z góry.
Przy stole siedzą naprzeciw siebie dwaj mężczyźni. Przesłuchujący w czasie rozmowy notuje.


    −    Jeszcze raz podkreślam, nie brałem w tym czynnego udziału. Przy projekcie pracowałem jako teoretyk. W naszym zespole zajmowaliśmy się tworzeniem modelu. To wszystko.
    −    Zaprzecza pan, że kiedykolwiek uczestniczył w zabiegu, jak to się nazywało… skanowania psychiki?
    −    Mapowania funkcjonalnego.
    −    Właśnie.
    −    Nie zaprzeczam, ale to był etap uruchamiania aparatury. Procedura wymagała, aby były przy tym obecne trzy osoby. Akurat doktor Jurecki się pochorował. Byłem w jego zastępstwie, wyłącznie jako obserwator. Nie miałem poza tym żadnej autoryzacji żeby samodzielnie…
    −    To jeszcze ustalimy. Proszę opowiedzieć na czym polegała pańska praca.
    −    Jak już mówiłem pracowałem w dziale projektowym. Nie chwaląc się, to właściwie mój zespół stworzył całą koncepcję. Chociaż w tych okolicznościach, jak rozumiem, to raczej powód do obaw, niż dumy.
    −    Niech się pan lepiej skupi na faktach, tylko bez przesadnego komplikowania. Jesteśmy na komendzie, nie w instytucie.
    −    Dobrze. Zatem naszym celem było stworzenie przestrzennego modelu osobowości. Nie chodziło bynajmniej jedynie o formę graficzną. Zależało nam, że tak się wyrażę, na nadaniu ciała stałego dynamicznym funkcjom psychicznym. Żeby przedstawić to możliwie prosto, proszę sobie uzmysłowić co dotąd otrzymywaliśmy w efekcie diagnozy psychologicznej: abstrakcyjną wiedzą zilustrowaną co najwyżej dwuwymiarowym profilem. Naszym zamiarem było stworzenie obiektu, jeśli można to tak nazwać, dynamicznej figury osobowości
    −    Figury?
    −    Nie w sensie dosłownym. Dłuta i młotka przecież nie używaliśmy. Nie chodziło też o artystyczne wyobrażenie duszy. Chcieliśmy stworzyć model osobowości, który można oglądać i badać zupełnie jak organy wewnętrzne?
    −    Jak wątrobę?
    −    Chociażby.
    −    Chce pan powiedzieć, że można wyjść z gabinetu psychologicznego z własną osobowością w słoiku?
    −    W pewnym sensie właśnie tak, z tym że celem jest tu diagnostyka, nie robienie przetworów.
    −    Proszę bez żartów.
    −    Żeby sprawa była jasna co do naszych intencji wyjaśnię pokrótce przebieg prac.  Jak już powiedziałem zamierzaliśmy stworzyć materialny model osobowości. Fizyczną bazą był, nazwa niewiele panu zapewne powie, Glitoxil. Przypomina nieco galaretkę agrestową. Substancja na bazie białka jest bardzo czuła na kontakt z polem elektromagnetycznym – reaguje zmianą kształtu, dlatego świetnie nadaje się do modelowania impulsami o niskim natężeniu. Potrzebowaliśmy więc znaleźć sposób wyrażania osobowości poprzez wymierne fizycznie promieniowanie. Korzystaliśmy tu oczywiście z ustaleń neuroscience. Mówiąc obrazowo jeśli za odbiornik informacji służył Glitoxil, nadajnikiem był mózg. Należało wtedy ustalić sposób wzbudzania aktywności centralnego układu nerwowego uwyraźniający wymiar osobowościowy. Pierwszym pomysłem było stałe monitorowanie badanego działającego w naturalnym środowisku. Można to porównać do kardiologicznej próby Holtera. Pomysł jednak upadł dość szybko z powodów technicznych. Przy aktualnych rozmiarach aparatury badany musiałaby taszczyć ze sobą sprzęt zajmujący przyczepę traktora rolniczego. Konieczne było rozwijanie wersji diagnostyki stacjonarnej. Szukaliśmy zatem sposobu optymalnego bodźcowania. Bodźcowania bezpośredniego oczywiście, nie jak dotąd angażującego aktywność werbalną w postaci odpowiedzi na listę pytań. Tu zaczynała się moja szczególna rola. Procedura, którą roboczo nazwałem mapowaniem funkcjonalnym polegała na dostarczaniu osobom badanym serii odpowiednio skomponowanych bodźców.
    −    Badani byli tego świadomi?
    −    W czasie naszych eksperymentów udzielaliśmy ochotnikom wyczerpujących wyjaśnień. W tym sensie byli świadomi.
    −    A w czasie zabiegów?
    −    Pozostawali w stanie przypominający sen.
    −    Narkoza?
    −    Raczej głęboka relaksacja. Od razu dodam, że w czasie prób nie stwierdziliśmy żadnych niepożądanych skutków ubocznych w postaci pogorszenia samopoczucia i objawów somatycznych. Wracając do modelu, chcieliśmy wzbudzić odpowiedź zwrotną mózgu, na kontakt z kompilacją różnorodnych bodźców społecznych. Za punkt wyjścia przyjęliśmy perspektywę Karen Horney dzielącej rodzaje relacji społecznych na posiadające kierunek „do”, „od” i „przeciw” ludziom. Tu ściśle współpracowaliśmy z badanymi. Na podstawie dokładnego wywiadu z wykorzystaniem materiałów archiwalnych ustalaliśmy wobec których osób z własnej historii badani żywili określony rodzaj postawy. W myśl założenia o stałym, trwającym całe życie dynamizmie rozwojowym, za Erikiem Ericsonem przyjęliśmy osiem etapów rozwojowych: cztery przypadające na okres dzieciństwa, jeden na czas dorastania i trzy na dorosłość. Tak też w każdym z już przebytych oraz aktualnym okresie rozwojowym wybrani zostawali  reprezentanci wobec, których badany ustosunkowywał się wyraźnie „do”, „od” i „przeciw”. Ciekawym zabiegiem było utworzenie sensualnych reprezentacji wskazanych osób, tak, aby można było wzbudzać ich obecność w umyśle badanego podczas jego ograniczonej przytomności. Nie mogliśmy przecież prezentować fotografii śpiącemu. Tu, co zawsze podkreślam, wielkie uznanie dla doktora Popłwskiego, który równolegle opracowywał program Multisynestesis. Polega on na zmianie kodów z wizualnych na dotykowe, słuchowe, smakowe, sensoryczne i kinestetyczne. Inaczej mówiąc, znając indywidualny styl synestetyczny danej osoby mogliśmy przetransponować obraz na przykład jego matki na zestaw zapachów, dźwięków, rodzajów dotyku i pozycji ciała, a te bez problemu można aplikować w czasie snu. Nawiasem mówiąc przy okazji opracowaliśmy sposób częściowego kontrolowania marzeń sennych.
    −    To akurat ciekawe.
    −    Owszem. Ale to nie wszystko. Do ustalenia pozostawało jeszcze sedno naszych badań, czyli określenie indywidualnych stylów adaptacji u diagnozowanych osób. Na tym etapie opracowaliśmy metodę, owszem dość prostą, ale z dużym potencjałem. Ustalaliśmy intensywność reakcji centralnego układu nerwowego na określone konteksty społeczno-emocjonalne. W tym celu należało zestawić ze sobą kolejne osoby-obiekty, o których wcześniej wspominałem, z wybranymi stanami emocjonalnymi. Wykorzystaliśmy w tym celu koncept Paula Ekmana. Przy aktualnych możliwościach neurochemicznych wzbudzenie strachu, złości, smutku, zaskoczenia, wstrętu i radości nie nastręczało żadnych problemów.
    −    Można konkretniej?
    −    Oczywiście. Powiedzmy, że biorący udział w eksperymencie jako osobę z którą w okresie między trzecim, a szóstym rokiem życia,  związany był relacją typu „do” wskazuje matkę. Na podstawie materiałów archiwalnych lub choćby rysopisu, w tworzymy zestaw bodźców sensualnych wzbudzających w umyśle badanego niejako żywą obecność matki charakterystyczną dla tego właśnie okresu. Doświadczenie to wywołujemy podczas pozostawania przez uczestnika eksperymentu stanie snu. Teraz do ekspozycji matki dodajemy wzbudzenie emocji radości, czyli odtwarzamy emocjonalną matrycę sytuacji przyjemności doznanej w związku z obiektem „do”. Rejestrujemy wynik. Dalej resetujemy, że tak powiem, badanego i powtarzamy ekspozycję matki, tym razem z towarzyszącym jej odczuciem gniewu. Czyli tworzymy emocjonalny stan frustrującego obiektu „do” bo przecież nawet kochająca matka może wzbudzić u dziecka złość. W sumie mamy osiem okresów rozwojowych, po trzy obiekty, razy sześć stanów emocjonalnych. Bez dodatkowych układów kombinacyjnych wychodzą sto czterdzieści cztery wyniki.
    −    A galareta?
    −    Glitoxil? To jeszcze nie był dopracowany element...
    −    Niedopracowany?
    −    Mało precyzyjny. Póki co mogliśmy jedynie wzbudzać formę ilościowych zależności. To znaczy intensywności reakcji mózgu. Te pozostawały albo ustabilizowane, albo wskazywały odchylenia wzbudzenia lub osłabienia. Roboczo nazwaliśmy je integracją, konfliktem i deficytem. Glitoxil spełniał rolę, jak już powiedziałem, czułego odbiornika. Za punt wyjścia przyjęliśmy neutralny kształt kuli podzielonej arbitralnie na sektory odpowiadające wspomnianym już kombinacjom. W skrócie sygnał integracji pozostawiał powierzchnię kuli nienaruszoną, obecność konfliktu, działał wypiętrzająco, deficytu skutkował wklęśnięciem.
    −    Czyli glut.
    −    Faktycznie otrzymywane kształty były nieregularne. Kula to przecież kształt idealny, a któż miałby takim być. Przed zamknięciem projektu doszliśmy jednak do ciekawych obserwacji. Zdążyliśmy stwierdzić statystycznie istotne podobieństwa między otrzymanymi w Glitoxilu formami osobowości u badanych posiadających identyczne profile uzyskane tradycyjną metodą diagnozy psychologicznej. Poza tym stwierdziliśmy, co potwierdzało słuszność kierunku naszych prac, że modele przestrzenne osób pozostających ze sobą w długotrwałych związkach były wobec siebie przystające. Choć nie były to oczywiście idealnie dopasowane platońskie połówki, ich kompatybilność była w porównaniu z grupą kontrolną, wręcz uderzająca.
    −    Proszę już powoli wracać na ziemię. Interesuje nas, jak doszło do zabójstwa.
    −    Słucham?
    −    Zabójstwa... albo wypadku.
    −    Czy przypadkiem nie powinienem zeznawać w obecności adwokata?
    −    Spokojnie, przesłuchujemy pana w charakterze świadka. Niech pan p prostu opowie co pan wie o profesorze Zawadzie.
    −    Łączyły nas jedynie relacje służbowe. To kierownik całego projektu.
    −    Interesuje nas pańska ocena działania profesora.
    −    Nie jestem jego recenzentem. Trudno mi cokolwiek powiedzieć.
    −    Zapytam więc wprost. Czy profesor Zawada ujawniał panu lub komukolwiek innemu swoje plany?
    −    Nic o tym nie wiem.
    −    Ale wie pan, do czego doszło?
    −    Owszem, profesor testował swoje autorskie hipotezy.
    −    Jaśniej.
    −    Na własną rękę, badał mechanizm sprzężenia zwrotnego... Dowiedziałem się o tym dopiero przed dwoma tygodniami.
    −    Na czym polegało to sprężenie zwrotne?
    −    Sprzężenie.
    −    Niech będzie sprzężenie.
    −    To druga strona medalu, o którym dotąd opowiadałem. Profesor próbował modelując formę Glitoxilu wpływać na aktywność mózgu.
    −    Zmieniać osobowość?
    −    Terapeutyzować, niwelować nadmiary i wypełniać deficyty.
    −    Ze skutkiem śmiertelnym.
    −    Z tego, co wiem, od niedawna oczywiście, wyniki początkowo były obiecujące. Może po prostu przedobrzył. Wygląda na to, że chciał doprowadzić osobowość do stanu idealnej harmonii.
    −    Czyli za bardzo wypolerował galaretkę?
    −    Można tak powiedzieć. Dodam tylko, że jeśli chodzi o moją prywatną opinię, skutek tych działań należy widzieć jako efekt nieszczęśliwego wypadku, nie celowego działania na szkodę uczestnika eksperymentu. Jeśli jest tak, jak przypuszczam zgon nie był bolesny. Podobno zwłoki były błogo uśmiechnięte, czego nie udało się nawet zamaskować w trumnie.
    −    Rodzina przeżyła to traumatycznie.
    −    Tego już nie wiem. Chciałem tylko powiedzieć, że wątpię aby profesor był sadystą.
    −    To akurat badają biegli.
    −    Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale wydaje mi się, że przy całej dramatyczności sytuacji są też pewne korzyści. Zyskaliśmy naukowe potwierdzenie znanej od dawna tezy, iż doskonałość dla istoty ludzkiej jest zabójcza...
    −    Chyba, że przyczyną zgonu było po prostu porażenie prądem.
    −    A było?
    −    Tego ze względu na dobro śledztwa nie mogę ujawnić. Jeśli chodzi o przesłuchanie, to tu skończyliśmy. Jest pan wolny... chyba, że wyznaje pan poglądy skrajnie deterministyczne... To oczywiście żart poza protokołem.

    Mężczyzna wstaje od stołu opierając dłoń w taki sposób, że opuszkami palców dotyka spodu blatu i przyklejonej tam, stwardniałej w nieregularnej w kształtach (tu wypukłej, tam wgniecionej) grudki gumy do żucia.



Marcin Jaroszewski

Marcin Jaroszewski

Psycholog, psychoterapeuta; mieszka i pracuje w Olsztynie.

Wstecz

comments powered by Disqus