Teksty z kategorii: Tomasz Kozłowski

Kciuk pogadry, uśmiech nienawiści

Tomasz Kozłowski

Żal mi polityków. Naprawdę im współczuję.

Nietrudno wyobrazić sobie filmowe sceny kłótni – na przykład małżeńskich – w których oboje małżonkowie starają się sobie udowodnić, jakimi to kanaliami, z upływem lat i dogasaniem namiętności, okazali się dla siebie i jaką to kloakę, w miejsce normalnego życia, nawzajem sobie urządzili. W którymś momencie pada zazwyczaj kwestia: „żal mi cię”. Wypowiada się takie słowa na ogół z nieskrywaną pogardą, z grymasem wstrętu (notabene udowodniono, że im więcej takich grymasów w codziennych interakcjach, drastycznie wzrasta prawdopodobieństwo rozwodu). Ze współczuciem ma to wspólnego niewiele. Pisząc, że „naprawdę” żal mi polityków, mam na myśli prawdziwy żal, nie ten filmowy, nie ten podszyty wzgardą.

Jakiś czas temu totalnie wycofałem się z życia politycznego. Brzmi to zabawnie, zwłaszcza, że nie jestem politykiem a mój wpływ na sprawy publicznego kalibru jest mniej niż znikomy. A jednak, nie głosuję (inaczej: wrzucam do urn nieważny głos), a pytany niekiedy o komentarz polityczny – uprzejmie go odmawiam. Jakoś tak… mało mi wygodnie, więcej, brzydzę się. Tematu, siebie w jego kontekście. Bartek „Fisz” Waglewski rapował: „nie dotykam, nie tykam wrednej gęby polityki”. Z kolei Rafał Ziemkiewicz z typowym dla siebie wdziękiem w jednym z felietonów przytomnie stwierdził, że jeśli wybory organizuje się w chlewie, nie można oczekiwać, że raptem zwycięży w nich orzeł. Coś w tym jest, w jednym i drugim. Ale trafia do mnie również cytat z Dana Browna: „Najmroczniejsze czeluście piekieł zarezerwowane są dla tych, którzy zdecydowali się na neutralność w dobie kryzysu moralnego”. Dlatego chwilę pomyślałem o moim stosunku do kryzysu moralnego, do „chlewu”, i doszukałem się: już wiem, że mi jego mieszkańców po ludzku żal.

Usiłuję wzbić się na wyżyny swojej empatii i pojąć złożoność czynników, w których nasi reprezentanci muszą funkcjonować. Myślę o ich dniu, który przez wiele godzin wysycony jest adrenaliną i kortyzolem, myślę o tym, że sami nieustannie spotykają się z wrogością, myślę o tym, że odczuwają nienawiść, o tym, że wszędzie widzą podziały i przeszkody, że przekrzykują się z mównic i w ławach sejmowych komisji, że tak mocno sfokusowani są na pragnieniu władzy, że oni również nie mają czasu by odetchnąć, by nabrać do czegokolwiek odpowiedniej dawki dystansu. I przychodzi mi na myśl jakiś gigantyczny, nieludzki eksperyment na, w gruncie rzeczy, niewiele rozumiejącym ssaku. Po prostu.

Stwierdzenie Ziemkiewicza pozostaje jedynie gorzką diagnozą, pozbawioną prób rekomendacji. Jakie jednak można poczynić rekomendacje w  takiej sytuacji? Ze swej strony diagnozę tę pogłębiłbym jeszcze nieco. W wizji Ziemkiewicza to świnie odpowiedzialne są za to, że mieszkają w chlewie. A czy nie jest przypadkiem również tak, że oto mamy wybudowany chlew, który nadaje się do zamieszkania wyłącznie przez świnie? Być może to miejsce determinuje charakter obowiązujących w nim stosunków, a nie odwrotnie? Prawda tradycyjnie oscyluje gdzieś pośrodku, ale i tak świniom już zaczynam trochę współczuć.

Być może jest tak, że świńskość polskiej klasy politycznej jest jedynie epifenomenem, jak czerwień rozgrzanego metalu? Nie wpływa na temperaturę tworzywa, ale jest jej nieodłącznym elementem? Towarzyszy społecznemu klimatowi, ale nie jest już jego przyczyną? Co w takim razie nią jest? O tym za chwilę.

Gdybym miał określić co jest racją bytu polskiej sceny politycznej, co określa całość jej specyfiki, stosunków w jej obrębie, odpowiedziałbym, że jest to pogarda (gdy nieco dłużej się nad jej istotą zastanawiam, nad jej znaczeniem dla samego zadzierzgiwania społecznych więzi, uplasowałbym ją na pierwszym miejscu wśród siedmiu grzechów głównych, wśród których de facto jej brak!). To pierwsza przyczyna, spiritus movens, to z niej wynika obserwowany całokształt. Pogarda ścieka niemal z każdego słowa, które skapuje z ust rządzących. Ale mimo wszystko – śmiem twierdzić – nie jest ona w polskim społeczeństwie niczym wyjątkowym. Polacy są systematycznie do pogardzania przyuczani i w klimacie takim czują się jak przysłowiowe ryby w wodzie. Co gorsza, Polacy nie tylko uczą się pogardy, ale sami, tym sposobem, stają się nacją notorycznie pogardzającą. Pogardzają chętnie, tłumnie i indywidualnie.

A zresztą, czy jest to tylko polska domena? Nieszczególnie. Nie trzeba wcale daleko szukać. Zastanawiający jest na przykład rozziew w komentarzach, jakie pojawiają się pod wszelkimi internetowymi materiałami, ukazującymi różne, dramatyczne sceny. Pod filmami przedstawiającymi piekło wojny nie brakuje jadowitych, agresywnych wpisów, nie inaczej jest w przypadku drastycznych treści ukazujących – choćby – mafijne porachunki. Nie trzeba szczególnie długo grzebać w odmętach sieci, by natrafić na filmy dokumentujące np. egzekucje członków zwalczających się gangów, handlarzy narkotyków, czy policjantów „off-duty”, którzy na własny rachunek urządzają przestępcom nieregulowane prawnie rzezie. Reakcje oglądających to internautów można dokładnie prześledzić i łączy je jedno: od pogardy jest tam aż duszno. Ofiary spotykają się tam z ostatecznym potępieniem, są szkalowane, stają się przedmiotem ironicznych docinek. Oczywiście, nie trafia to na niewiniątka: często ukazana jest tam śmierć morderców, zbrodniarzy. Powinienem w tym miejscu zadać przytomnie jakieś podniosłe retoryczne pytanie, ale nie wiem, jak je skonstruować. Pozostawię to zatem szanownemu Czytelnikowi.

(...)

Więcej z marcowej "Odrze" - zapraszam!

Buty, kierat i cała reszta, czyli o sztuce... patrzenia

Tomasz Kozłowski

Za każdą wielką fortuną kryje się zbrodnia – pisał kiedyś Honoriusz Balzac, które to słowa zresztą umieścił w przedmowie do „Ojca chrzestnego” Mario Puzo. Co racja, to racja. Choć nie do końca. Przeczytawszy „Sztukę zwycięstwa” Phila Knighta mam wrażenie, że za co którąś wielką fortuną stoją marzenia, choć – przyznaję – brzmi to dość enigmatycznie. By nie powiedzieć – egzaltowanie.

Tak bardzo drażni mnie niekiedy hollywoodzka narracja w rodzaju „wierzę, że potrafię latać, przenosić góry…” Zawsze, gdy słyszę, że wszystko jest możliwe, mam ochotę odpowiedzieć: dobrze, ale najpierw proszę polizać swój łokieć. Nie wszystko jest możliwe. Nie każdy może osiągnąć fortunę. Książka Knighta rzecz jasna nie dąży do takiej smutnawej puenty, w przeciwnym razie prawdopodobnie nie byłaby takim bestsellerem, ale jest pejzażem morderczej pracy – a to skłonność w populacji raczej rzadka. Społeczeństwo konsumpcyjne podsuwa nam pod nos różnorodne wizje odpoczynku, aniżeli ciężkiego kieratu od rana do nocy. Statystyczny konsument na ogół od pracy ucieka i marzy o wiecznych wakacjach. Ale nie Knight. No, ale on nie jest statystycznym konsumentem, prędzej jest jego współtwórcą obok Steve’a Jobsa, Billa Gatesa czy Harlanda „pułkownika” Sandersa.

A zatem nie każdy może odcinać kupony tak, jak czyni to twórca marki Nike. Ale wiele – i to udowadnia historia Knighta – da się wypracować, jeśli tylko w człowieku jest dość przysłowiowej pary. Sukces to nie czysty przypadek. To zdecydowanie więcej, niż samo szczęście. I dużo więcej, niż proste reguły w podręcznikach za 9,90 zł. Strzela mnie szlag, gdy widzę tytuły w rodzaju „kilka magicznych tricków do osiągnięcia celu”. Życie na ogół jest znacznie bardziej złożone, by zamykać je w kilku punktach. Tę chorobę naszych czasów nazwałem zresztą w jednym ze swoich felietonów „wypunktozą”. Knight – całe szczęście – jest od wypunktozy biegunowo odległy. Punkt, jaki mu przyświeca mógłby zostać zamknięty w popularnym powiedzonku: uczciwością i pracą ludzie się bogacą. Tylko tyle i aż tyle. Ot, i cała filozofia. Szczęśliwie, filozofia ta opisana jest na ponad 400 stronach w postaci pasjonującej opowieści o życiu i dążeniu do spełnienia „Szalonego marzenia”.

Książka „Sztuka zwycięstwa” niekiedy opisywana jest jako przystępny podręcznik przedsiębiorczości. Nie mogę zgodzić się z tą powierzchowną „diagnozą”. Tak się składa, że miałem okazję współtworzyć kilka programów studiów, w których przewidziane były moduły służące transferowi postaw przedsiębiorczych. Założenia szczytne, aczkolwiek wielokrotnie mogłem też zetknąć się z opinią, że z przedsiębiorczością jest jak z osobowością – pewnych rzeczy nie sposób dobrze nauczyć, trzeba je wyssać z mlekiem matki a najlepiej – odziedziczyć w genach. W przeciwnym razie, można się do nich co najwyżej zbliżyć, choć zawsze warto próbować. Knight na kartach „Sztuki zwycięstwa” wcale nie stara się „uczyć” przedsiębiorczości. Autor po prostu („po prostu”?) opowiada o kolejnych stacjach na swej drodze. To zwyczajna biografia nietuzinkowego przedsiębiorcy. A może jednak nie taka do końca zwyczajna?

To, co zwraca uwagę niemal od pierwszych akapitów, to powalająca szczegółowość. Tak się składa, że lubię czytać biografie i muszę przyznać, że w rzadko której spotkać można tak drobiazgowy obraz życia – i to właśnie czyni tę książkę wyjątkową a jednocześnie sprawia, że możemy nieco lepiej rozgościć się w umyśle twórcy Nike’ów. Knight uwielbia dygresje, po wirtuozowsku pławi się w detalach. Potrafi odmalowywać szczegóły strategii promocyjnych, by za moment zanurzyć się w historii pojedynczej przyjaźni, znajomości, zwyczajów poszczególnych ludzi, których na swej drodze poznawał całe krocie. Wystarczy krótkie wspomnienie przedmiotu, osoby, dnia… i za chwilę startuje cała lawina wtrąceń. Ale – i to ogromna zaleta książki – maniera ta nie męczy ani przez chwilę. Zdumiało mnie to do tego stopnia, że gotów byłbym zaryzykować twierdzenie, że Knight (osoba bądź co bądź majętna) po prostu napisanie autobiografii zlecił ghost writerowi. Jeśli tak – to był to cholernie dociekliwy i cholernie zdolny ghost writer.

Ale być może to tutaj właśnie tkwi klucz do sukcesu Knighta? Śledząc jego drogę nie sposób odnieść wrażenia, że sposobem do realizacji swego – jak zwykł mawiać – „Szalonego marzenia" byli przede wszystkim inni ludzie. To nawet nie tyle historia sukcesu, ile opowieść o ludziach, których Knight poznawał. To ich wnikliwa charakterystyka, szczegółowy opis relacji, które połączyły ich na wiele lat. Czy byłoby przesadą powiedzieć, że „Sztuka zwycięstwa” to nie tyle opowieść o drodze do hegemonii na rynku sportowego obuwia, ile rozległy esej o dojrzewaniu do wieloletnich przyjaźni?

Knight wielokrotnie podkreśla, że jego ogromną pasją jest bieganie. Osiągał na tym polu nawet drobne sukcesy. Pasję przekuł w zawodowy sukces, to prawda, ale nie można nie odnieść wrażenia, że jego ogromną namiętnością są przede wszystkim inni ludzie, a nie airmaxy. Fascynują go zarówno relacje biznesowe, jak i czysto osobiste, rodzące się na różnym gruncie. Przyznam, że nie spodziewałem się, że w specu od butów doszukam się takich pokładów humanistycznej zadumy! Każda z drugoplanowanych postaci, włącznie z zażartymi konkurentami, traktowana jest przez Knighta jako niezmiernie ważna na swojej ścieżce kariery. Być może w umiejętności dostrzegania w ludziach najdrobniejszych, wyjątkowych cech, drzemie tajemnica sukcesu? „Sztuka zwycięstwa” to w gruncie rzeczy sztuka patrzenia. Knight zdaje się mówić: to od ludzi, których spotykamy na swej drodze zależeć mogą nasze najbardziej kluczowe decyzje. Warto więc poświęcić im trochę czasu.

Nie szukajcie w tej książce przepisu na sukces innego niż „praca, praca, praca”. W ten sposób szybko stwierdzicie, że to banalne. Co innego historie innych, z których utkane jest życie Knighta – to bardzo przyjemna i równie pouczająca perspektywa. W czasach, gdzie mamona jest ostateczną instancją, warto pamiętać o tych prostych prawdach. Zwłaszcza, gdy udziela ich guru biznesu największego formatu.

I już zupełnie na marginesie: czytając „Sztukę…” pobrzmiewał mi w głowie James Doty ze swoim nietuzinkowym podręcznikiem medytacji (patrz kilka wpisów wcześniej). Knight doszedł do podobnych rezultatów inną drogą, bez pomocy dobrej wróżki imieniem Ruth. To tylko potwierdza tezę, że jeśli coś naprawdę mocno wbijemy sobie do głowy, możemy wiele osiągnąć. Ale! Wbijać sobie do głowy też trzeba umieć.

Gdzie jest dyrektor Kudłacz?

Tomasz Kozłowski

Nie trzeba długo i wytrwale szukać, by w popularnym serwisie internetowym YouTube znaleźć liczne dowody na brak poszanowania ucznia dla nauczyciela, gdzie klasy szkolne stają się areną dla wszelakich prześmiewczych nadużyć. Nauczyciele bywają na przykład celem dla papierowych kulek – to oczywiście najlżejsze z przewinień – na regularnych rękoczynach kończąc. Jeszcze nie tak dawno można było w telewizji podziwiać charyzmę ucznia, który swemu pryncypałowi… wkładał na głowę kosz na śmieci. Zresztą, nie muszę daleko szukać. Mam okazję pracować ze studentami kierunków podyplomowych, w tym również z przygotowania pedagogicznego. Wśród moich słuchaczy nie brak nauczycieli. Jak jeden mąż utyskują oni nad erozja autorytetów. To tym bardziej umacnia mnie w przekonaniu, że nie jest to tylko puste zrzędzenie publicystów.

W takich sytuacjach staram się włączyć swoją antropologiczną wrażliwość i ostrożnie dopytuję: czy faktycznie „kiedyś było lepiej”, czy może nigdy nie było lepiej i po prostu starzejąc się, zaczynam narzekać? A moi studenci razem ze mną? I mimo wszystko, ostrożnie zakładam, że kiedyś faktycznie było lepiej. Albo: inaczej. Niewiele starsi ode mnie zgodnie potwierdzają, że w szkole można było kiedyś dostać „po łapach”, a jeśli tak – w domu czekała stosowna dokładka. Słysząc takie deklaracje przypomina mi się jednocześnie pamiętna scena z filmu „Pan Kleks w kosmosie”, w której dyrektor Kudłacz (grany przez Emiliana Kamińskiego), szef kosmicznej podstawówki śpiewa: „Bywa czasami, że jakieś dziecko próbuje mieć własne zdanie. Wtedy z nim krucho, wtedy z nim kiepsko. To dziecko dostanie lanie”. Po czym następował refren śpiewany przez międzyplanetarną dzieciarnię: „Sztywno, równo i posłusznie, a do tego bez wahania. Dyscyplina, dyscyplina! To podstawa wychowania!”. W świetle materiałów udostępnianych dziś przez młodzież tak dumną ze swoich wyczynów, brzmi to wręcz… nostalgicznie. Dziś taką piosenką oraz wykonującym ją profesorem Kudłaczem, zapewne zainteresowałby się prokurator.

Przyjmijmy zatem, że nie musimy udowadniać oczywistości. Upadek autorytetu jest dziś faktem, przy czym daleko temu zjawisku do młodzieńczej, krytycznej refleksji, typowej dla – choćby – wieku dojrzewania. Za moich czasów [sic!] za pionierów takiej walki z autorytetem uznawałem osiedlowych wyrostków, domorosłych punków, którzy z potarganymi włosami, w obcisłych sztruksach i wytartych skórzanych kurtkach, zasłuchiwali się w utworach „Siekiery”. Nawet jeśli rzucili w nauczyciela papierową kulką, można było sądzić, że jest w tym jakieś drugie dno, elementarna, ludzka niezgoda. Jakaś uparta potrzeba zamanifestowania swojej walki z systemem, jakaś refleksja. W porównaniu z wyczynami dzisiejszych uczniów – to postawa na wskroś humanistyczna, filozoficzna wręcz! Czy pokazywanie nauczycielce genitaliów (i takie bowiem można odnaleźć materiały) wyczerpuje znamiona refleksji filozoficznej – wątpię.

 

...więcej w lutowym wydaniu "Dyrektora Szkoły" - zapraszam do lektury!!!

Medytacje polskiego dyscypuła

Tomasz Kozłowski

Widziałem kiedyś taki obrazek. Biurko, na biurku komputer, przed komputerem pracownik, z głową na blacie, ręce bezwładnie ciążą ku podłodze, nad rozczochraną, zmęczoną czupryną nieszczęśnika unosi się smużka dymu. Podpis pod zdjęciem brzmiał jak dalekowschodnia mantra: Brud i muł mnie nie kala… Jestem cholernym kwiatem lotosu… Kwiatem lotosu na gładkiej tafli cholernego jeziora…

A może wyrażone to było ździebko dobitniej?

W każdym razie, jakież to aktualne, prawda?

Takie „cholerne kwiaty lotosu” widuję codziennie, niezależnie w jakiej organizacji mam okazję się pojawić. To już prawdziwe signum temporis. Prawdę mówiąc nie wiem, czy ów trend da się zatrzymać. A jeszcze bardziej prawdę mówiąc – nie sądzę. Prześladuje mnie taka wizja: za kilka lat nad każdym niemal biurkiem unosić się będą podobne znaki czasów. Dymem pisane.

A kolejna smutna wizja, która do mnie powraca, to że podobne ogniska na biurkach rozpalane są coraz szybciej, coraz wcześniej, jeszcze w szkolnych ławach. Chaos informacyjny i kultura deadline’u zatacza coraz szersze kręgi i odciska swe piętno również w głowach uczniów, czego ślady z powodzeniem odnaleźć można w memach pleniących się w sieci. Młodzi nie wyrabiają się i są tego coraz bardziej świadomi. Pod płaszczykiem poczucia humoru i luzu przemycają jednak gigantyczne pokłady stresu (o przyczynach którego można by pisać jeszcze długo i dużo). 

Więcej w lutowym "Dyrektorze Szkoły" - zapraszam do lektury!

Społeczeństwo managerów

Tomasz Kozłowski

Ostatnio dotarły do mnie wieści, że słowem roku 2016 według Słownika Oksfordzkiego jest post-truth, post-prawda. A jakie słowo byłoby słowem dekady? Jeśli nie stulecia? Mam swój mało oryginalny typ, żaden to uroczy neologizm. To słowo tak samo popularne, co nudne, wytarte: zarządzanie. Po mojemu: oswajanie (a może nawet negacja) chaosu.

Jeśli kultura jest odpowiedzią cywilizacji na chaos – czasy mamy nad wyraz kulturalne: dążymy do doskonałego ogarnięcia chaosu. Zarządzanie nie jest niczym innym jak minimalizowaniem ryzyka na swoich prawach. Zauważmy, że tęsknota za zarządzaniem, wcześniej zarezerwowanym dla przedstawicieli najwyższych stanów, stała się egalitarna, powszechna. O ile jeszcze kilkadziesiąt lat temu społeczeństwo wydawało się znacznie mniej ambitne i bardziej pokorne, zawierzając swój los rządzącym (lub Bogu), o tyle dziś nie jest to już takie wyraziste.

Wyraża się to na najprzeróżniejsze sposoby. Pierwszy, jaki przychodzi mi do głowy to środowisko pracy i postrzeganie swojej własnej kariery. Rozwój na tym gruncie od jakiegoś czasu utożsamiany jest jednoznacznie z posiadaniem coraz większego wachlarza możliwości decyzyjnych. Awans to po prostu większy zakres władzy, przede wszystkim. Trochę zabawnie na tym gruncie wyglądają zwłaszcza zespoły speców od marketingu, w szczególności gdy są to zespoły stosunkowo nieliczne. Gdy osób w takiej grupce jest niewiele, dajmy na to od czterech do siedmiu, trochę niezręcznie wyznaczać kilku decyzyjnych i kilku „zaledwie” specjalistów. Ot, lepiej od razu wszyscy mianujmy się managerami. I tym sposobem mamy socialmedia managerów, brand managerów, creative managerów, PR managerów… i wszystko to w obrębie jednego zespołu. Każdy zarządza swoją działką, nikomu nie podlega. Każdy dopisuje tym sposobem seksowną linijkę do swojego curriculum: manager.

Gdy byłem dużo młodszy i wierzący, słysząc w kościele pieśń „Amen jak Maryja” zawsze zastanawiałem się, jakie znaczenie ukryte jest w tytule o tej pokrętnej składni. Słuchając zwrotek było już nieco jaśniej. Przypomnijmy: „Kiedy ci smutno i nic nie wychodzi, mów: amen, jak Maryja, amen, jak Maryja, amen, widocznie Bóg tak chce”. Później zrozumiałem, że „amen” oznacza „niech tak się stanie” – dobrowolne poddanie się woli Stwórcy. Pisząc to wspominam zastępy dzieciaków – przyszłych managerów – kołyszących się w leniwej ekstazie do dźwięków rozstrojonej gitary i mizernego tamburynu, zgodliwych i chętnych, by owej nadrzędnej woli się poddać, i myślę, że wiele się przez tych z górą dwadzieścia lat pozmieniało.

Dziś ta rozmodlona młodzież jest już dużo mniej skora do strzelania na prawo i lewo „amenem”. Zgody na odgórnie narzucony kontekst i warunki jest już w nich znacznie mniej. Bo poddać się czyjejś woli bez możliwości samodzielnego decydowania kojarzy się ze strachem (inna sprawa, że jest to znamię dużych pokładów społecznej nieufności), a nawet z pewnego rodzaju porażką. Potrzeba nam awansu, a więc panowania, zarządzania, (samo)decydowania – tylko te elementy świadczyć mogą, że życie nasze niesie ze sobą jakąś realną wartość. (...)

Buddyjski kopciuszek

Tomasz Kozłowski

James Doty nie miał w życiu lekko. Urodził się w ubogiej rodzinie, gdzie nie tylko brak środków do życia stanowił o całym problemie. Ojciec alkoholik, matka zmagająca się z nieustannymi problemami natury psychicznej. Rodzeństwo – starszy brat. Wycofany, poniżany przez kolegów. Jednym słowem – naprawdę trudne dzieciństwo. Czas przesiąknięty stresem i niewiarą w lepszy los. Dla rodziny, dla siebie. Mniej więcej tak zaczyna się opowieść, którą na swoje potrzeby ochrzciłem mianem „buddyjskiej bajki o kopciuszku”. Słowo „Budda” w książce co prawda nie pada (albo nie pamiętam, by padło), ale całe dziełko ma życzliwe błogosławieństwo Dalajlamy, a zagłębiając się w treść można zrozumieć dlaczego.

A oto dalsza część bajki. Mały Jimmy pewnego lata trafia – w nastroju ogólnej życiowej beznadziei, przekonany o niechybnej klęsce – na starszą kobietę imieniem Ruth. Ona okazuje się kimś na kształt dobrej wróżki, jednak w odróżnieniu od tej z baśni, zamiast przysłowiowej ryby daje Kopciuszkowi-Jimmy’emu wędkę. Obiecuje mu, że spełnią się jego marzenia, jeśli – otóż to – nauczy się pracy nad sobą samym, nad swoim umysłem, charakterem, nastawieniem do świata i ludzi. Ciężkiej pracy. Codziennej. Angażującej. Brzmi jak kolejna coachingowa ściema, jakich na rynku dość z okładem? I tu niespodzianka: otóż nie jest tak!

Dobra wróżka Ruth zaszczepia małemu Jamesowi skondensowaną wiedzę z obszaru technik relaksacji, oczyszczania umysłu i otwierania serca. Coś dla ciała, umysłu, ducha. Obecne są tam ewidentne nawiązania do wiedzy dalekowschodniej, której dorobek na polu pogłębionej introspekcji naprawdę trudno zbagatelizować. Mały Jimmy uczy się jak rozluźniać ciało, potem w jaki sposób nie myśleć o niczym (spróbujcie!), wreszcie, jak otworzyć się na innych, jak ich lepiej rozumieć, jak przeniknąć ich intencje, wreszcie jak współczuć i kochać. Każdego.

I jak zmieniać swoje życie.

Zawsze daleki byłem od różnych samarytańskich filozofii, sceptycznie odnosiłem się do powszechnego miłowania bliźniego i innych tego rodzaju altruistycznych, platonicznych historyjek. Teoria teorią a życie idzie po swojemu, prawda? Jako socjolog jestem – muszę przyznać – generalnie ludźmi rozczarowany. Mam swoje powody. Jak mawia Pismo: wiedza jest źródłem cierpienia. Socjologia też. To nauka dla odważnych! Życie ma jednak to do siebie, że – jeśli ma się trochę szczęścia i minimalnie choć otwarty umysł – można swój pogląd zweryfikować i obrać nieco inną, bardziej elastyczną strategię. Mały Doty miał szczęście i dość uporu, by z wędki podarowanej przez Ruth skorzystać. Zmienił nastawienie do ludzi, do świata, do siebie. I osiągnął realny sukces.

Książka – i jest to jej ogromna zaleta – krok po kroku przeprowadza nas przez kolejne kamienie milowe na drodze małego Jimmy’ego. Wraz z nim uczymy się panować nad umysłem, mimo znacznych przeciwności losu, by w dalszych częściach nauczyć się otwierać serce, pielęgnować jego odruchy i w rezultacie – doskonalić empatię, która urasta do rangi najważniejszej cechy, stanowi bez mała o naszym człowieczeństwie. Ostatecznym celem, który osiąga mały James, jest magia zaklinania rzeczywistości tak, by mu służyła i pozwoliła spełnić marzenia.

Wiem, że brzmi to jak nieptrzytomne bajanie z motywujących instruktaży klasy B, ale jest w tym ukryta głęboka prawda. Dowody? Socjologowie mówią, że sytuacje społeczne (a przecież z takich głównie składa się nasze życie) mają rzeczywiste konsekwencje dla ludzi, którzy – otóż to – mocno w coś wierzą i działają w określonej intencji. Tak działa choćby giełda, która nie jest NICZYM INNYM jak barometrem nastrojów i wiary, intencji i przeczuć, które przekładają się na konkretne pieniądze, konkretne działania na rynku, prawdziwe sukcesy i prawdziwe plajty! Nasz upór w końcu zmienia myślenie innych, a jeśli myślenie, to i działanie, by w końcu nasze cele mogły się realizować. Książka Doty’ego to podręcznik w trudnej sztuce pielęgnowania dobrego uporu na każdy dzień.

I żeby nie było – Doty osiągnął w życiu ogromny sukces, został milionerem, wziętym neurochirurgiem. Spełnił marzenia. Ale w międzyczasie zagubił się. Przedobrzył. Tak bardzo zatracił się w snach o potędze, że przepuścił cały swój wielomilionowy majątek. Sięgnął dna. Ale był uparty. Spróbował jeszcze raz. Jego historia to fascynująca opowieść o sile, która w nas drzemie.

Pod publikacją podpisują się luminarze wiedzy o ludzkim umyśle, od Dalajlamy po Golemana. To dobre rekomendacje. Choćby z tego względu warto po nią sięgnąć.

Coś, co wielu może uznać za dodatkowy atut to bardzo intymny, pamiętnikowy wręcz przekaz. To w zasadzie autobiografia, która tylko co jakiś czas poprzetykana jest praktycznymi poradami z zakresu odpowiednich technik medytacyjnych. Nie jest to zatem kolejny poradnik, w którym wiedza serwowana jest w podpunktach jak w nudnym menu. To prawdziwa, wyjątkowo emocjonalna, bardzo osobista opowieść, która teoretycznie mogłaby przytrafić się każdemu z nas.

A może… właśnie się przytrafia? 

Do biegu, gotowi... stop!

Tomasz Kozłowski

Mówi się, że żyjemy obecnie w czasach spod znaku „high speed”. Czas zawsze był w cenie w kulturze Zachodu, a dokładniej od upowszechnienia się ideałów Reformacji. Protestanckie, gospodarcze podejście przełożyło się wówczas bardzo szybko na popularne powiedzonko, że „czas to pieniądz”. Ostatnio jednak odnieść można wrażenie, że stał się on niczym… dobro luksusowe. Czy wielką przesadą będzie, gdy powiemy, że o rozkładzie naszego dnia decydują nierzadko kwadranse, a nawet minuty? Codzienny grafik potrafi być napięty jak cięciwa, do granic wytrzymałości i wystarczy natrafić na zwykły korek (a o to przecież nad wyraz łatwo), który spóźni nas gdzieś o 10 krótkich minut by misternie utkany plan dnia począł się pruć z prędkością pędzącego domino.

W społeczeństwie wysokich przędności wszystko, nie tylko zupki w proszku, musi być instant – natychmiastowe – i smart – sprytne, domyślne, by być o krok przede mną, by oszczędzić mi namysłu i… czasu.

Niby lubimy myśleć, że życie w takim tempie nas napędza, że właśnie dzięki temu możemy poczuć uderzenie adrenaliny. Ale wszystko ma swoje granice. Ostatecznie nasza sawannowa, łowiecko-zbieracka natura nieszczególnie dobrze funkcjonuje w rzeczywistości pośpiechu. Prędzej czy później dopada nas szeroko rozumiane przeciążenie. Multitasking, czyli wielozadaniowość to tryb pracy coraz częstszy, a jednocześnie coraz mniej opłacalny. Mózg zanurzony w wielości zadań gubi się i wytraca efektywność. Nas z kolei dopada przygnębienie i poczucie, że nic konkretnego nie osiągamy. Niczym Czerwona Królowa z opowieści o Alicji – biegniemy by móc pozostać w miejscu. To wystarczy, by wytworzyć kolejną niszę: na księgarskich półkach roi się od książek, które można opatrzyć zbiorczym tytułem: zarządzanie czasem (osobiście uważam, że powinniśmy raczej mówić o zarządzaniu BRAKIEM czasu). Zdecydowana większość z nich zajmuje się porządkowaniem już powstałego, zalegającego chaosu. Dziś jednak przypominać to może zawracanie kijem rzeki, która z każdym dniem poszerza swe koryto, by wreszcie zalać nas potężną, spiętrzoną falą tsunami. Świat, jakkolwiek byśmy sobie tego życzyli – nie zwolni. Już nie. Walka, czy jak pisze Iwona Majewska-Opiełka – gra o czas, nie toczy się w rzeczywistości zewnętrznej, którą można by jakoś zarządzać. Gra ma miejsce w środku. To raczej nasza postawa względem spadających na nas zdarzeń może być faktycznie modyfikowana i sama również może przynieść efekt.

Opiełka, w przeciwieństwie do nad wyraz licznych autorów, nie koncentruje się na wychwalaniu organizerów, ustalaniu priorytetów, wykreślaniu z harmonogramu dnia rzeczy mniej ważnych, zdolności delegowania zadań na innych. Nie tędy droga. Nawet jeśli opanujemy te umiejętności i znajdziemy chwilę na oddech, szybko pojawią się następcy wykreślonych i przeorganizowanych zadań. Nie chodzi o to, by zmienić swój świat. Chodzi o podejście do rzeczywistości zastanej. Autorka „Gry o czas” wprowadza krytyczne rozróżnienie czasu na chronos (zwykły, codzienny, „nudny” czas odmierzany na tarczy zegara sekundami) oraz kairos (wyjątkowy stan, w którym pogrążamy się robiąc coś pasjonującego, kiedy godziny pędzą niczym minuty, gdy każda sekunda staje się swoistą inspiracją). Problem w tym – pisze Opiełka – że w naszym zwariowanym świecie epizody przeżywania kairos są coraz rzadsze, coraz częściej natomiast koncentrujemy się na przeżywaniu stabilnej, frustrującej nudy. Majewska-Opiełka stawia sobie za cel uświadomienie czytelnika i otwarcie go na doświadczanie kairos. W tym celu przybliża popularne wśród psychologów teorie przepływu/zaangażowania Csikszentmihalyego i omawiając proste, acz skuteczne techniki, wskazuje drogi do osiągnięcia tego stanu.

Dużym plusem tej publikacji są nieustanne odwołania do codziennego życia autorki i wskazania na jakość, jaką niesie ze sobą inny punkt widzenia na zwyczajne elementy dnia, jak choćby prasowanie, picie kawy, rozmowa z sąsiadem, zakupy. Brzmi to banalnie, ale to tylko pozór. Opiełka udowadnia, że świadoma koncentracja na każdej minucie życia może stać się źródłem dużej satysfakcji. Co zresztą w pełni zgodne jest z dalekowschodnią wizją ludzkiej umysłowości, z której psychologia pozytywna czerpie pełnymi garściami.

W publikacji Majewskiej-Opiełki najbardziej urzekające jest to, że autorka nie uzurpuje sobie prawa do „odkrywania Ameryki”. Tekst pełen jest… jakby to ładnie powiedzieć… pogodnej pokory. Nie jest to dzieło rewolucyjne, przybliża nam ono za to proste, ale zapomniane dziś zupełnie prawdy i to właśnie na tym polega jego przełomowość. Zamiast szukać daleko ścieżka wiodąca do lepszej organizacji i radości z przeżywania codziennego dnia jest bardzo blisko.

Bardzo cenne jest również to, że „Gra o czas” jest jednocześnie zachętą do treningu woli. Nie jest to cudowne remedium, które wykona za czytelnika całą robotę. Kluczowa w osiągnięciu celu jest rzetelna praca nad samym sobą, nad swoimi nawykami. Droga jest łatwo dostępna, ale wymagać będzie wiele sił i uporu. Tego rodzaju filozofia w książkach-poradnikach od razu zyskuje u mnie kilka dodatkowych punktów. Jakoś instynktownie nie ufam prostym receptom na sukces. Jeśli coś wymaga treningu, prowadzi przez pot, ciernie i łzy – od razu wydaje mi się po ludzku uczciwsze. I taka jest „Gra o czas”. Książka o zagubionej prostocie życia, której powtórne odnalezienie nie jest już takie proste. Ale jak najbardziej możliwe. Obowiązkowa lektura dla zabieganych i nie tylko!

Okładka

 

Panowie, nie czas na stres

Tomasz Kozłowski

Popełniłem kiedyś taki tekst… nosił tytuł „Społeczeństwo kortyzolu”. Dla niewtajemniczonych (jakbym sam był kimś wtajemniczonym, ha, ha!), kortyzol potocznie nazywany jest hormonem stresu.

Zdelegalizować alkohol?

Tomasz Kozłowski

Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać hipokryzja prawodawcy i ludu w kwestii nielegalnej marihuany i legalnego alkoholu. Kiedy wreszcie publicznie zaakceptujemy fakt, że alkohol jest narkotykiem, kolejną z szerokiego wachlarza psychoakwytnych substancji? Jesteśmy katolickim krajem, kochamy tradycję - ponoć - więc zapewne to właśnie z tego powodu: uświęconej tysiącleciem obecności alkoholu na chrześcijańskiej polskiej ziemi - wyryliśmy sobie w sercu, że w przeciwieństwie do trawki alkohol jest bardzo cacy.

Czy jest sens przywoływać argumenty na poparcie konkretnych tez? Czy ktoś inny zrobi to zwięźlej i lepiej niż Żaba Kermit?

Brakuje tu jeszcze (np.): Uliczna burda kiboli vs Wyluzowane grono uśmiechniętych rastamanów.

Nie żebym lubił jakoś szczególnie reggae i dready.

Piszę o tym wszystkim z tego prostego powodu, że cały Modlin ewakuowano z tytułu telefonu o bombie. Numer wykręcono w domu, gdzie trwała tradycyjna polska wielkanocna impreza alkoholowa.

"Naćpany trawą obywatel poinformował o podłożonej bombie".

NIE NAPISAŁA NIGDY ŻADNA GAZETA.

Krótki żywot Tay

Tomasz Kozłowski

Z pewnością co poniektórzy usłyszeli już o microsoftowym bocie, który - zasilony sztuczną inteligencją - w kilka godzin został rasistą i zakochał się w Hitlerze.

Więcej szczegółów tutaj.

Co by nie powiedzieć, jest to jakaś wizytówka przestrzeni, w której każdy z nas codziennie funkcjonuje. Naturalnie można się tłumaczyć, że to przypadek niereprezentatywny, że samemu nie rozpowszechnia się podobnych haseł, że daleko nam do stworzenia prawdziwej sztucznej inteligencji etc. Spójrzmy jednak na ten przypadek z perspektywy antropologa z Marsa. Istota o zupełnie innej umysłowości trafia na nasz cyber-grunt, usiłuje zrozumieć przekaz, który każdego dnia nas otacza i torpeduje. Traf chce, że myśli podobnie jak Tay - po kilku godzinach dochodzi do wniosku, że ludzie, to potworny gatunek.

Co byśmy pomyśleli o inteligencji Tay, gdyby, dla odmiany, po kilku godzinach ta zakochała się w ludziach, miast ich nienawidzić? Czy wówczas algorytmy byłyby poprawne? Tak niewiele wiemy o nas samych, skoro skonstruowane przez nas byty rozumieją świat w tak dziwny sposób. Tak mało wiemy o swoim życiu, skoro z obcej perspektywy wyglądamy właśnie tak, jak w świecie Tay.

Nie popadajmy w panikę - daleki byłbym od twierdzenia, że każdy pozostawiony sobie samemu nastolatek, w kontakcie z internetem totalnie się zradykalizuje. Pamiętać jednak trzeba, że anonimowość internetu podkopuje fundamentalną zasadę współżycia - zaufanie. Tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak gorsza dyskusja dominuje tę merytoryczną. Internet, umożliwiając wymianę "poglądów" każdemu - na ogół temu sprzyja. Tey jest już tego ofiarą - wirtualną teen-nazistkę po prostu odłączono.

Gdyby wszystko było takie proste!