Teksty z kategorii: Tomasz Kozłowski

Medytacje polskiego dyscypuła

Tomasz Kozłowski

Widziałem kiedyś taki obrazek. Biurko, na biurku komputer, przed komputerem pracownik, z głową na blacie, ręce bezwładnie ciążą ku podłodze, nad rozczochraną, zmęczoną czupryną nieszczęśnika unosi się smużka dymu. Podpis pod zdjęciem brzmiał jak dalekowschodnia mantra: Brud i muł mnie nie kala… Jestem cholernym kwiatem lotosu… Kwiatem lotosu na gładkiej tafli cholernego jeziora…

A może wyrażone to było ździebko dobitniej?

W każdym razie, jakież to aktualne, prawda?

Takie „cholerne kwiaty lotosu” widuję codziennie, niezależnie w jakiej organizacji mam okazję się pojawić. To już prawdziwe signum temporis. Prawdę mówiąc nie wiem, czy ów trend da się zatrzymać. A jeszcze bardziej prawdę mówiąc – nie sądzę. Prześladuje mnie taka wizja: za kilka lat nad każdym niemal biurkiem unosić się będą podobne znaki czasów. Dymem pisane.

A kolejna smutna wizja, która do mnie powraca, to że podobne ogniska na biurkach rozpalane są coraz szybciej, coraz wcześniej, jeszcze w szkolnych ławach. Chaos informacyjny i kultura deadline’u zatacza coraz szersze kręgi i odciska swe piętno również w głowach uczniów, czego ślady z powodzeniem odnaleźć można w memach pleniących się w sieci. Młodzi nie wyrabiają się i są tego coraz bardziej świadomi. Pod płaszczykiem poczucia humoru i luzu przemycają jednak gigantyczne pokłady stresu (o przyczynach którego można by pisać jeszcze długo i dużo). 

Więcej w lutowym "Dyrektorze Szkoły" - zapraszam do lektury!

Społeczeństwo managerów

Tomasz Kozłowski

Ostatnio dotarły do mnie wieści, że słowem roku 2016 według Słownika Oksfordzkiego jest post-truth, post-prawda. A jakie słowo byłoby słowem dekady? Jeśli nie stulecia? Mam swój mało oryginalny typ, żaden to uroczy neologizm. To słowo tak samo popularne, co nudne, wytarte: zarządzanie. Po mojemu: oswajanie (a może nawet negacja) chaosu.

Jeśli kultura jest odpowiedzią cywilizacji na chaos – czasy mamy nad wyraz kulturalne: dążymy do doskonałego ogarnięcia chaosu. Zarządzanie nie jest niczym innym jak minimalizowaniem ryzyka na swoich prawach. Zauważmy, że tęsknota za zarządzaniem, wcześniej zarezerwowanym dla przedstawicieli najwyższych stanów, stała się egalitarna, powszechna. O ile jeszcze kilkadziesiąt lat temu społeczeństwo wydawało się znacznie mniej ambitne i bardziej pokorne, zawierzając swój los rządzącym (lub Bogu), o tyle dziś nie jest to już takie wyraziste.

Wyraża się to na najprzeróżniejsze sposoby. Pierwszy, jaki przychodzi mi do głowy to środowisko pracy i postrzeganie swojej własnej kariery. Rozwój na tym gruncie od jakiegoś czasu utożsamiany jest jednoznacznie z posiadaniem coraz większego wachlarza możliwości decyzyjnych. Awans to po prostu większy zakres władzy, przede wszystkim. Trochę zabawnie na tym gruncie wyglądają zwłaszcza zespoły speców od marketingu, w szczególności gdy są to zespoły stosunkowo nieliczne. Gdy osób w takiej grupce jest niewiele, dajmy na to od czterech do siedmiu, trochę niezręcznie wyznaczać kilku decyzyjnych i kilku „zaledwie” specjalistów. Ot, lepiej od razu wszyscy mianujmy się managerami. I tym sposobem mamy socialmedia managerów, brand managerów, creative managerów, PR managerów… i wszystko to w obrębie jednego zespołu. Każdy zarządza swoją działką, nikomu nie podlega. Każdy dopisuje tym sposobem seksowną linijkę do swojego curriculum: manager.

Gdy byłem dużo młodszy i wierzący, słysząc w kościele pieśń „Amen jak Maryja” zawsze zastanawiałem się, jakie znaczenie ukryte jest w tytule o tej pokrętnej składni. Słuchając zwrotek było już nieco jaśniej. Przypomnijmy: „Kiedy ci smutno i nic nie wychodzi, mów: amen, jak Maryja, amen, jak Maryja, amen, widocznie Bóg tak chce”. Później zrozumiałem, że „amen” oznacza „niech tak się stanie” – dobrowolne poddanie się woli Stwórcy. Pisząc to wspominam zastępy dzieciaków – przyszłych managerów – kołyszących się w leniwej ekstazie do dźwięków rozstrojonej gitary i mizernego tamburynu, zgodliwych i chętnych, by owej nadrzędnej woli się poddać, i myślę, że wiele się przez tych z górą dwadzieścia lat pozmieniało.

Dziś ta rozmodlona młodzież jest już dużo mniej skora do strzelania na prawo i lewo „amenem”. Zgody na odgórnie narzucony kontekst i warunki jest już w nich znacznie mniej. Bo poddać się czyjejś woli bez możliwości samodzielnego decydowania kojarzy się ze strachem (inna sprawa, że jest to znamię dużych pokładów społecznej nieufności), a nawet z pewnego rodzaju porażką. Potrzeba nam awansu, a więc panowania, zarządzania, (samo)decydowania – tylko te elementy świadczyć mogą, że życie nasze niesie ze sobą jakąś realną wartość. (...)

Buddyjski kopciuszek

Tomasz Kozłowski

James Doty nie miał w życiu lekko. Urodził się w ubogiej rodzinie, gdzie nie tylko brak środków do życia stanowił o całym problemie. Ojciec alkoholik, matka zmagająca się z nieustannymi problemami natury psychicznej. Rodzeństwo – starszy brat. Wycofany, poniżany przez kolegów. Jednym słowem – naprawdę trudne dzieciństwo. Czas przesiąknięty stresem i niewiarą w lepszy los. Dla rodziny, dla siebie. Mniej więcej tak zaczyna się opowieść, którą na swoje potrzeby ochrzciłem mianem „buddyjskiej bajki o kopciuszku”. Słowo „Budda” w książce co prawda nie pada (albo nie pamiętam, by padło), ale całe dziełko ma życzliwe błogosławieństwo Dalajlamy, a zagłębiając się w treść można zrozumieć dlaczego.

A oto dalsza część bajki. Mały Jimmy pewnego lata trafia – w nastroju ogólnej życiowej beznadziei, przekonany o niechybnej klęsce – na starszą kobietę imieniem Ruth. Ona okazuje się kimś na kształt dobrej wróżki, jednak w odróżnieniu od tej z baśni, zamiast przysłowiowej ryby daje Kopciuszkowi-Jimmy’emu wędkę. Obiecuje mu, że spełnią się jego marzenia, jeśli – otóż to – nauczy się pracy nad sobą samym, nad swoim umysłem, charakterem, nastawieniem do świata i ludzi. Ciężkiej pracy. Codziennej. Angażującej. Brzmi jak kolejna coachingowa ściema, jakich na rynku dość z okładem? I tu niespodzianka: otóż nie jest tak!

Dobra wróżka Ruth zaszczepia małemu Jamesowi skondensowaną wiedzę z obszaru technik relaksacji, oczyszczania umysłu i otwierania serca. Coś dla ciała, umysłu, ducha. Obecne są tam ewidentne nawiązania do wiedzy dalekowschodniej, której dorobek na polu pogłębionej introspekcji naprawdę trudno zbagatelizować. Mały Jimmy uczy się jak rozluźniać ciało, potem w jaki sposób nie myśleć o niczym (spróbujcie!), wreszcie, jak otworzyć się na innych, jak ich lepiej rozumieć, jak przeniknąć ich intencje, wreszcie jak współczuć i kochać. Każdego.

I jak zmieniać swoje życie.

Zawsze daleki byłem od różnych samarytańskich filozofii, sceptycznie odnosiłem się do powszechnego miłowania bliźniego i innych tego rodzaju altruistycznych, platonicznych historyjek. Teoria teorią a życie idzie po swojemu, prawda? Jako socjolog jestem – muszę przyznać – generalnie ludźmi rozczarowany. Mam swoje powody. Jak mawia Pismo: wiedza jest źródłem cierpienia. Socjologia też. To nauka dla odważnych! Życie ma jednak to do siebie, że – jeśli ma się trochę szczęścia i minimalnie choć otwarty umysł – można swój pogląd zweryfikować i obrać nieco inną, bardziej elastyczną strategię. Mały Doty miał szczęście i dość uporu, by z wędki podarowanej przez Ruth skorzystać. Zmienił nastawienie do ludzi, do świata, do siebie. I osiągnął realny sukces.

Książka – i jest to jej ogromna zaleta – krok po kroku przeprowadza nas przez kolejne kamienie milowe na drodze małego Jimmy’ego. Wraz z nim uczymy się panować nad umysłem, mimo znacznych przeciwności losu, by w dalszych częściach nauczyć się otwierać serce, pielęgnować jego odruchy i w rezultacie – doskonalić empatię, która urasta do rangi najważniejszej cechy, stanowi bez mała o naszym człowieczeństwie. Ostatecznym celem, który osiąga mały James, jest magia zaklinania rzeczywistości tak, by mu służyła i pozwoliła spełnić marzenia.

Wiem, że brzmi to jak nieptrzytomne bajanie z motywujących instruktaży klasy B, ale jest w tym ukryta głęboka prawda. Dowody? Socjologowie mówią, że sytuacje społeczne (a przecież z takich głównie składa się nasze życie) mają rzeczywiste konsekwencje dla ludzi, którzy – otóż to – mocno w coś wierzą i działają w określonej intencji. Tak działa choćby giełda, która nie jest NICZYM INNYM jak barometrem nastrojów i wiary, intencji i przeczuć, które przekładają się na konkretne pieniądze, konkretne działania na rynku, prawdziwe sukcesy i prawdziwe plajty! Nasz upór w końcu zmienia myślenie innych, a jeśli myślenie, to i działanie, by w końcu nasze cele mogły się realizować. Książka Doty’ego to podręcznik w trudnej sztuce pielęgnowania dobrego uporu na każdy dzień.

I żeby nie było – Doty osiągnął w życiu ogromny sukces, został milionerem, wziętym neurochirurgiem. Spełnił marzenia. Ale w międzyczasie zagubił się. Przedobrzył. Tak bardzo zatracił się w snach o potędze, że przepuścił cały swój wielomilionowy majątek. Sięgnął dna. Ale był uparty. Spróbował jeszcze raz. Jego historia to fascynująca opowieść o sile, która w nas drzemie.

Pod publikacją podpisują się luminarze wiedzy o ludzkim umyśle, od Dalajlamy po Golemana. To dobre rekomendacje. Choćby z tego względu warto po nią sięgnąć.

Coś, co wielu może uznać za dodatkowy atut to bardzo intymny, pamiętnikowy wręcz przekaz. To w zasadzie autobiografia, która tylko co jakiś czas poprzetykana jest praktycznymi poradami z zakresu odpowiednich technik medytacyjnych. Nie jest to zatem kolejny poradnik, w którym wiedza serwowana jest w podpunktach jak w nudnym menu. To prawdziwa, wyjątkowo emocjonalna, bardzo osobista opowieść, która teoretycznie mogłaby przytrafić się każdemu z nas.

A może… właśnie się przytrafia? 

Do biegu, gotowi... stop!

Tomasz Kozłowski

Mówi się, że żyjemy obecnie w czasach spod znaku „high speed”. Czas zawsze był w cenie w kulturze Zachodu, a dokładniej od upowszechnienia się ideałów Reformacji. Protestanckie, gospodarcze podejście przełożyło się wówczas bardzo szybko na popularne powiedzonko, że „czas to pieniądz”. Ostatnio jednak odnieść można wrażenie, że stał się on niczym… dobro luksusowe. Czy wielką przesadą będzie, gdy powiemy, że o rozkładzie naszego dnia decydują nierzadko kwadranse, a nawet minuty? Codzienny grafik potrafi być napięty jak cięciwa, do granic wytrzymałości i wystarczy natrafić na zwykły korek (a o to przecież nad wyraz łatwo), który spóźni nas gdzieś o 10 krótkich minut by misternie utkany plan dnia począł się pruć z prędkością pędzącego domino.

W społeczeństwie wysokich przędności wszystko, nie tylko zupki w proszku, musi być instant – natychmiastowe – i smart – sprytne, domyślne, by być o krok przede mną, by oszczędzić mi namysłu i… czasu.

Niby lubimy myśleć, że życie w takim tempie nas napędza, że właśnie dzięki temu możemy poczuć uderzenie adrenaliny. Ale wszystko ma swoje granice. Ostatecznie nasza sawannowa, łowiecko-zbieracka natura nieszczególnie dobrze funkcjonuje w rzeczywistości pośpiechu. Prędzej czy później dopada nas szeroko rozumiane przeciążenie. Multitasking, czyli wielozadaniowość to tryb pracy coraz częstszy, a jednocześnie coraz mniej opłacalny. Mózg zanurzony w wielości zadań gubi się i wytraca efektywność. Nas z kolei dopada przygnębienie i poczucie, że nic konkretnego nie osiągamy. Niczym Czerwona Królowa z opowieści o Alicji – biegniemy by móc pozostać w miejscu. To wystarczy, by wytworzyć kolejną niszę: na księgarskich półkach roi się od książek, które można opatrzyć zbiorczym tytułem: zarządzanie czasem (osobiście uważam, że powinniśmy raczej mówić o zarządzaniu BRAKIEM czasu). Zdecydowana większość z nich zajmuje się porządkowaniem już powstałego, zalegającego chaosu. Dziś jednak przypominać to może zawracanie kijem rzeki, która z każdym dniem poszerza swe koryto, by wreszcie zalać nas potężną, spiętrzoną falą tsunami. Świat, jakkolwiek byśmy sobie tego życzyli – nie zwolni. Już nie. Walka, czy jak pisze Iwona Majewska-Opiełka – gra o czas, nie toczy się w rzeczywistości zewnętrznej, którą można by jakoś zarządzać. Gra ma miejsce w środku. To raczej nasza postawa względem spadających na nas zdarzeń może być faktycznie modyfikowana i sama również może przynieść efekt.

Opiełka, w przeciwieństwie do nad wyraz licznych autorów, nie koncentruje się na wychwalaniu organizerów, ustalaniu priorytetów, wykreślaniu z harmonogramu dnia rzeczy mniej ważnych, zdolności delegowania zadań na innych. Nie tędy droga. Nawet jeśli opanujemy te umiejętności i znajdziemy chwilę na oddech, szybko pojawią się następcy wykreślonych i przeorganizowanych zadań. Nie chodzi o to, by zmienić swój świat. Chodzi o podejście do rzeczywistości zastanej. Autorka „Gry o czas” wprowadza krytyczne rozróżnienie czasu na chronos (zwykły, codzienny, „nudny” czas odmierzany na tarczy zegara sekundami) oraz kairos (wyjątkowy stan, w którym pogrążamy się robiąc coś pasjonującego, kiedy godziny pędzą niczym minuty, gdy każda sekunda staje się swoistą inspiracją). Problem w tym – pisze Opiełka – że w naszym zwariowanym świecie epizody przeżywania kairos są coraz rzadsze, coraz częściej natomiast koncentrujemy się na przeżywaniu stabilnej, frustrującej nudy. Majewska-Opiełka stawia sobie za cel uświadomienie czytelnika i otwarcie go na doświadczanie kairos. W tym celu przybliża popularne wśród psychologów teorie przepływu/zaangażowania Csikszentmihalyego i omawiając proste, acz skuteczne techniki, wskazuje drogi do osiągnięcia tego stanu.

Dużym plusem tej publikacji są nieustanne odwołania do codziennego życia autorki i wskazania na jakość, jaką niesie ze sobą inny punkt widzenia na zwyczajne elementy dnia, jak choćby prasowanie, picie kawy, rozmowa z sąsiadem, zakupy. Brzmi to banalnie, ale to tylko pozór. Opiełka udowadnia, że świadoma koncentracja na każdej minucie życia może stać się źródłem dużej satysfakcji. Co zresztą w pełni zgodne jest z dalekowschodnią wizją ludzkiej umysłowości, z której psychologia pozytywna czerpie pełnymi garściami.

W publikacji Majewskiej-Opiełki najbardziej urzekające jest to, że autorka nie uzurpuje sobie prawa do „odkrywania Ameryki”. Tekst pełen jest… jakby to ładnie powiedzieć… pogodnej pokory. Nie jest to dzieło rewolucyjne, przybliża nam ono za to proste, ale zapomniane dziś zupełnie prawdy i to właśnie na tym polega jego przełomowość. Zamiast szukać daleko ścieżka wiodąca do lepszej organizacji i radości z przeżywania codziennego dnia jest bardzo blisko.

Bardzo cenne jest również to, że „Gra o czas” jest jednocześnie zachętą do treningu woli. Nie jest to cudowne remedium, które wykona za czytelnika całą robotę. Kluczowa w osiągnięciu celu jest rzetelna praca nad samym sobą, nad swoimi nawykami. Droga jest łatwo dostępna, ale wymagać będzie wiele sił i uporu. Tego rodzaju filozofia w książkach-poradnikach od razu zyskuje u mnie kilka dodatkowych punktów. Jakoś instynktownie nie ufam prostym receptom na sukces. Jeśli coś wymaga treningu, prowadzi przez pot, ciernie i łzy – od razu wydaje mi się po ludzku uczciwsze. I taka jest „Gra o czas”. Książka o zagubionej prostocie życia, której powtórne odnalezienie nie jest już takie proste. Ale jak najbardziej możliwe. Obowiązkowa lektura dla zabieganych i nie tylko!

Okładka

 

Panowie, nie czas na stres

Tomasz Kozłowski

Popełniłem kiedyś taki tekst… nosił tytuł „Społeczeństwo kortyzolu”. Dla niewtajemniczonych (jakbym sam był kimś wtajemniczonym, ha, ha!), kortyzol potocznie nazywany jest hormonem stresu.

Zdelegalizować alkohol?

Tomasz Kozłowski

Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać hipokryzja prawodawcy i ludu w kwestii nielegalnej marihuany i legalnego alkoholu. Kiedy wreszcie publicznie zaakceptujemy fakt, że alkohol jest narkotykiem, kolejną z szerokiego wachlarza psychoakwytnych substancji? Jesteśmy katolickim krajem, kochamy tradycję - ponoć - więc zapewne to właśnie z tego powodu: uświęconej tysiącleciem obecności alkoholu na chrześcijańskiej polskiej ziemi - wyryliśmy sobie w sercu, że w przeciwieństwie do trawki alkohol jest bardzo cacy.

Czy jest sens przywoływać argumenty na poparcie konkretnych tez? Czy ktoś inny zrobi to zwięźlej i lepiej niż Żaba Kermit?

Brakuje tu jeszcze (np.): Uliczna burda kiboli vs Wyluzowane grono uśmiechniętych rastamanów.

Nie żebym lubił jakoś szczególnie reggae i dready.

Piszę o tym wszystkim z tego prostego powodu, że cały Modlin ewakuowano z tytułu telefonu o bombie. Numer wykręcono w domu, gdzie trwała tradycyjna polska wielkanocna impreza alkoholowa.

"Naćpany trawą obywatel poinformował o podłożonej bombie".

NIE NAPISAŁA NIGDY ŻADNA GAZETA.

Krótki żywot Tay

Tomasz Kozłowski

Z pewnością co poniektórzy usłyszeli już o microsoftowym bocie, który - zasilony sztuczną inteligencją - w kilka godzin został rasistą i zakochał się w Hitlerze.

Więcej szczegółów tutaj.

Co by nie powiedzieć, jest to jakaś wizytówka przestrzeni, w której każdy z nas codziennie funkcjonuje. Naturalnie można się tłumaczyć, że to przypadek niereprezentatywny, że samemu nie rozpowszechnia się podobnych haseł, że daleko nam do stworzenia prawdziwej sztucznej inteligencji etc. Spójrzmy jednak na ten przypadek z perspektywy antropologa z Marsa. Istota o zupełnie innej umysłowości trafia na nasz cyber-grunt, usiłuje zrozumieć przekaz, który każdego dnia nas otacza i torpeduje. Traf chce, że myśli podobnie jak Tay - po kilku godzinach dochodzi do wniosku, że ludzie, to potworny gatunek.

Co byśmy pomyśleli o inteligencji Tay, gdyby, dla odmiany, po kilku godzinach ta zakochała się w ludziach, miast ich nienawidzić? Czy wówczas algorytmy byłyby poprawne? Tak niewiele wiemy o nas samych, skoro skonstruowane przez nas byty rozumieją świat w tak dziwny sposób. Tak mało wiemy o swoim życiu, skoro z obcej perspektywy wyglądamy właśnie tak, jak w świecie Tay.

Nie popadajmy w panikę - daleki byłbym od twierdzenia, że każdy pozostawiony sobie samemu nastolatek, w kontakcie z internetem totalnie się zradykalizuje. Pamiętać jednak trzeba, że anonimowość internetu podkopuje fundamentalną zasadę współżycia - zaufanie. Tak jak gorszy pieniądz wypiera lepszy, tak gorsza dyskusja dominuje tę merytoryczną. Internet, umożliwiając wymianę "poglądów" każdemu - na ogół temu sprzyja. Tey jest już tego ofiarą - wirtualną teen-nazistkę po prostu odłączono.

Gdyby wszystko było takie proste!

fot. Petar Chernaev/istockphoto

Facebook. Ikonki pełne emocji?

Tomasz Kozłowski

Facebook zaproponował niedawno swoim użytkownikom zestaw ikonek, za pomocą których mogą wyrażać swoje stany emocjonalne: radość, smutek, złość, zaskoczenie oraz dwie „postawy”: „lubię” i „kocham”. Proste? Aż za bardzo.

Uprzedmiotowienie ludzi, uczłowieczenie przedmiotów...

Tomasz Kozłowski

Przedmiot w kulturze obecny jest od zawsze. Podobnie jak obecny jest w niej drugi człowiek. Na przestrzeni dziejów w obrębie kultur ludzi i przedmioty łączyły różne relacje. Na ogół ludzie stali wyżej (no, może nie wyżej niż przedmioty powszechnego kultu). Jakkolwiek pompatycznie to brzmi, kultura zawsze kręciła się wokół człowieka. W kulturze konsumpcyjnej nadrzędny status człowieka nie jest już jednak tak jednoznaczny, jak wcześniej.