Kozłowski Tomasz

Buddyjski kopciuszek

Mózg i serce - magiczny duet

James Doty nie miał w życiu lekko. Urodził się w ubogiej rodzinie, gdzie nie tylko brak środków do życia stanowił o całym problemie. Ojciec alkoholik, matka zmagająca się z nieustannymi problemami natury psychicznej. Rodzeństwo – starszy brat. Wycofany, poniżany przez kolegów. Jednym słowem – naprawdę trudne dzieciństwo. Czas przesiąknięty stresem i niewiarą w lepszy los. Dla rodziny, dla siebie. Mniej więcej tak zaczyna się opowieść, którą na swoje potrzeby ochrzciłem mianem „buddyjskiej bajki o kopciuszku”. Słowo „Budda” w książce co prawda nie pada (albo nie pamiętam, by padło), ale całe dziełko ma życzliwe błogosławieństwo Dalajlamy, a zagłębiając się w treść można zrozumieć dlaczego.

A oto dalsza część bajki. Mały Jimmy pewnego lata trafia – w nastroju ogólnej życiowej beznadziei, przekonany o niechybnej klęsce – na starszą kobietę imieniem Ruth. Ona okazuje się kimś na kształt dobrej wróżki, jednak w odróżnieniu od tej z baśni, zamiast przysłowiowej ryby daje Kopciuszkowi-Jimmy’emu wędkę. Obiecuje mu, że spełnią się jego marzenia, jeśli – otóż to – nauczy się pracy nad sobą samym, nad swoim umysłem, charakterem, nastawieniem do świata i ludzi. Ciężkiej pracy. Codziennej. Angażującej. Brzmi jak kolejna coachingowa ściema, jakich na rynku dość z okładem? I tu niespodzianka: otóż nie jest tak!

Dobra wróżka Ruth zaszczepia małemu Jamesowi skondensowaną wiedzę z obszaru technik relaksacji, oczyszczania umysłu i otwierania serca. Coś dla ciała, umysłu, ducha. Obecne są tam ewidentne nawiązania do wiedzy dalekowschodniej, której dorobek na polu pogłębionej introspekcji naprawdę trudno zbagatelizować. Mały Jimmy uczy się jak rozluźniać ciało, potem w jaki sposób nie myśleć o niczym (spróbujcie!), wreszcie, jak otworzyć się na innych, jak ich lepiej rozumieć, jak przeniknąć ich intencje, wreszcie jak współczuć i kochać. Każdego.

I jak zmieniać swoje życie.

Zawsze daleki byłem od różnych samarytańskich filozofii, sceptycznie odnosiłem się do powszechnego miłowania bliźniego i innych tego rodzaju altruistycznych, platonicznych historyjek. Teoria teorią a życie idzie po swojemu, prawda? Jako socjolog jestem – muszę przyznać – generalnie ludźmi rozczarowany. Mam swoje powody. Jak mawia Pismo: wiedza jest źródłem cierpienia. Socjologia też. To nauka dla odważnych! Życie ma jednak to do siebie, że – jeśli ma się trochę szczęścia i minimalnie choć otwarty umysł – można swój pogląd zweryfikować i obrać nieco inną, bardziej elastyczną strategię. Mały Doty miał szczęście i dość uporu, by z wędki podarowanej przez Ruth skorzystać. Zmienił nastawienie do ludzi, do świata, do siebie. I osiągnął realny sukces.

Książka – i jest to jej ogromna zaleta – krok po kroku przeprowadza nas przez kolejne kamienie milowe na drodze małego Jimmy’ego. Wraz z nim uczymy się panować nad umysłem, mimo znacznych przeciwności losu, by w dalszych częściach nauczyć się otwierać serce, pielęgnować jego odruchy i w rezultacie – doskonalić empatię, która urasta do rangi najważniejszej cechy, stanowi bez mała o naszym człowieczeństwie. Ostatecznym celem, który osiąga mały James, jest magia zaklinania rzeczywistości tak, by mu służyła i pozwoliła spełnić marzenia.

Wiem, że brzmi to jak nieptrzytomne bajanie z motywujących instruktaży klasy B, ale jest w tym ukryta głęboka prawda. Dowody? Socjologowie mówią, że sytuacje społeczne (a przecież z takich głównie składa się nasze życie) mają rzeczywiste konsekwencje dla ludzi, którzy – otóż to – mocno w coś wierzą i działają w określonej intencji. Tak działa choćby giełda, która nie jest NICZYM INNYM jak barometrem nastrojów i wiary, intencji i przeczuć, które przekładają się na konkretne pieniądze, konkretne działania na rynku, prawdziwe sukcesy i prawdziwe plajty! Nasz upór w końcu zmienia myślenie innych, a jeśli myślenie, to i działanie, by w końcu nasze cele mogły się realizować. Książka Doty’ego to podręcznik w trudnej sztuce pielęgnowania dobrego uporu na każdy dzień.

I żeby nie było – Doty osiągnął w życiu ogromny sukces, został milionerem, wziętym neurochirurgiem. Spełnił marzenia. Ale w międzyczasie zagubił się. Przedobrzył. Tak bardzo zatracił się w snach o potędze, że przepuścił cały swój wielomilionowy majątek. Sięgnął dna. Ale był uparty. Spróbował jeszcze raz. Jego historia to fascynująca opowieść o sile, która w nas drzemie.

Pod publikacją podpisują się luminarze wiedzy o ludzkim umyśle, od Dalajlamy po Golemana. To dobre rekomendacje. Choćby z tego względu warto po nią sięgnąć.

Coś, co wielu może uznać za dodatkowy atut to bardzo intymny, pamiętnikowy wręcz przekaz. To w zasadzie autobiografia, która tylko co jakiś czas poprzetykana jest praktycznymi poradami z zakresu odpowiednich technik medytacyjnych. Nie jest to zatem kolejny poradnik, w którym wiedza serwowana jest w podpunktach jak w nudnym menu. To prawdziwa, wyjątkowo emocjonalna, bardzo osobista opowieść, która teoretycznie mogłaby przytrafić się każdemu z nas.

A może… właśnie się przytrafia? 

Kozłowski Tomasz

Kozłowski Tomasz

Wstecz

comments powered by Disqus