Szczepan Grzybowski

Poszmeraj mnie przyjemnie

Ogólnie to jestem wielce internetowy. Jeżdżę tą myszą i klikam i kółkuję tym kółkiem między przyciskami aż strach.

Dzięki tej swojej internetowej myszowatości trafiłem jakiś czas temu na opisy pewnego wzbierającego fermentem fenomenu, który ociera się, dosłownie, o sprawy mózgowe. Fenomen stał się już tak popularny, że postanowiłem na poważnie go wymyszkować i coś o nim skrobnąć (nie lubię słowa "skrobnąć", ale, uważacie, dalej jestem myszowaty).

 

Zjawisko określane jest akronimem ASMR, który rozwija się jako Autonomous Sensory Meridian Response, czyli w wolnym tłumaczeniu "Autonomiczna Czuciowa Odpowiedź Szczytowa". Jest to jedna z głupszych pseudonaukowych nazw jakie widziałem i całe owo zjawisko od razu wszystkim powinno zacząć śmierdzieć jak śmierdzący ser.

Problem w tym, że można trafić na bardzo wiele komentarzy, opisów i deklaracji ludzi, którzy zarzekają się, że doświadczenia podpadające pod to zjawisko są ich udziałem. Nie ma powodów tym ludziom nie wierzyć, należałoby tylko się owym przeżyciom uważniej przyjrzeć.

Doświadczenie zasadza się na bardzo przyjemnym uczuciu mrowienia z tyłu głowy, spływającym po karku i plecach i czasem rozprzestrzeniającym się na kończyny, powstającym w odpowiedzi na pewien zakres bodźców. Odczucie jest podobne do doświadczenia delikatnych dreszczy czy gęsiej skórki. Bodźcami, które je najczęściej wywołują są, co bardzo ciekawe, pewne charakterystyczne dźwięki, przede wszystkim szeptanie (nawet ledwo słyszalne), odgłosy dotykania rozmaitych powierzchni (zwłaszcza drewnianych, materiałowych), stukanie palcami o przedmioty (np. klocki), stukanie przedmiotami o siebie, pocieranie, szeleszczenie, ugniatanie paczuszek, opakowań. Ważne, żeby wszystko było serwowane delikatnie i najlepiej w pobliżu naszych uszu. To uruchamia wyobrażenie dotyku, co istotne, bo wtedy tym łatwiej o przyjemne wzdrygnięcie i dreszcz.

Ludzie doświadczający ASMR, nie, tfu, wypluj tę trutkę! Nazwijmy to przyjemnym szmeraniem (PS). Ludzie doświadczający przyjemnego szmerania deklarują, że przeżycie pomaga im się zrelaksować, wypocząć a nawet dobrze zasnąć.

I tutaj jest pies pogrzebany (szkoda że nie kot). Mamy bowiem najwyraźniej do czynienia z techniką relaksacyjną, tyle że serwowaną przez innych. W prosty i być może rzeczywiście przyjemny sposób. Przede wszystkim chodzi o kanał, którym wędrują "wyzwalacze" doświadczenia - zmysł słuchu. Przy dźwiękach łatwiej nam się odprężyć, łatwiej zamknąć oczy, odetchnąć głęboko, rozluźnić mięśnie. Jesteśmy gatunkiem w pierwszej kolejności ocznym - wzrokowo napływa do nas większość ważnych, angażujących nas informacji. Otwarte oczy nieprawdopodobnie stymulują nasz mózg i podniecają system uwagi, nawet gdy nam samym wydaje się, że tak naprawdę nic nie robimy. W drugiej kolejności idzie o bliskość, pewnego rodzaju intymność, która rodzi się przy wyobrażeniach dotyku. Każdy lubi być głaskany, dotykany czule w czułe miejsca, przynajmniej w bezpiecznej, kontrolowanej sytuacji (kiedy sami pozwalamy na głaskanie). Głaszczą nas najbliżsi, ci którzy nas akceptują, z którymi jesteśmy związani. Poczucie bycia akceptowanym, posiadania wsparcia i przynależenia to jedne z najsilniejszych antystresorów. Nasz organizm kocha antystresory.

 

Przemyślni ludzie, których można nazwać wyzyskiwaczami szybko zorientowali się w popularności zjawiska i zaczęli produkować produkcje dźwiękowe i filmowe, mające niechybnie wywołać PS u całej rzeszy widzosłuchaczy i dostarczyć im zasłużoną dawkę przyjemności, relaksu i snu. Pojawiły się nawet prezentacje "odgrywania ról", w których producent/aktor aranżuje jakąś sytuację a widzosłuchacz ma się mu oddać w jakiejś roli. Te produkcje stanowią rodzaj spełniającej się fantazji, które niekiedy mają wyraźne zabarwienie erotyczne (film z perspektywy klienta delikatnej, ale podejrzanie przyjacielskiej fryzjerki, nad wyraz śmiałego masażysty, czy wielce (nie)kompetentnego lekarza o specjalności: macant głowy). Takie rzeczy naturalnie dyskredytują całe zjawisko i przenoszą je w sferę doznań o zupełnie innej charakterystyce pobudzeniowej. Cóż, uroki internetu.

 

Wracając do "właściwego" PS. Być może u bardzo niewielkiego odsetka ludzi "rdzenne" doświadczenie (przyjemne spływające mrowienie wywołane konkretnymi bodźcami, które pojawiało się  na długo przed zaistnieniem internetowego fenomenu) jest wynikiem specyficznej organizacji połączeń neuronalnych. Czymś w rodzaju synestezji słuchowo-dotykowo-emocjonalnej. I tak u tych ludzi za sprawą nadmiernie narośniętych albo nadprogramowo rozgałęzionych włókien nerwowych doszło do szczególnej integracji funkcjonalnej ośrodków w górnym zakręcie skroniowym kory skroniowej (ośrodki słuchowe) z zakrętem zaśrodkowym kory ciemieniowej (ośrodki czuciowe) oraz korą wyspy (doświadczenia emocjonalne, scalanie sygnałów z ciała). To oczywiście czysta spekulacja.

Cała reszta dała się natomiast porwać fenomenowi i ich doświadczenia są wynikiem pozytywnego nastawienia, autosugestii i wytężonej uwagi (na bodziec i sygnały z ciała). Tak zorganizowany sposób relaksacji, byłby czymś w rodzaju nieudolnej, prymitywnej, dziurawej jak wiadomo co szwajcarskiego techniki medytacyjnej (medytacja zasadza się na intensywnej pracy z własnym ciałem i umysłem: wytężonej uwadze na jednym aspekcie jego funkcjonowania i swobodnej, "rozlanej" i "przyzwalającej" kontroli nad innymi funkcjami, w tym nad przepływem myśli).

Niebezpieczne i niepożądane jest to, gdy wyzyskiwacze urastają do rangi terapeutycznych autorytetów, promujących PS jako cudowny środek na stres, bezsenność i zaburzenia nastroju, a ludzie zasugerowani fenomenem nie mogą zasnąć bez słuchawek na uszach, w których ktoś ich głaszcze po głowie szeptem.

Zdrowy człowiek ma doskonałe możliwości samopomocy, wystarczy trochę samozaparcia i pracy nad sobą. Technik relaksacyjnych z prawdziwego zdarzenia jest całkiem sporo. Jedne są trudne, jak medytacja, inne całkiem proste, jak spacerowanie albo przytulanie (może być do drzew).

Wniosek jest oczywisty: nie daj się szmerać innym na internecie. Szmeraj się sam, życiowo.

Szczepan Grzybowski

Szczepan Grzybowski

jest psychologiem, wykłada w Instytucie Psychologii Stosowanej UJ. Obecnie zajmuje się problematyką mózgowej specyfiki rozpoznawania i kodowania słów związanych z doświadczeniem afektywnym.

Wstecz

comments powered by Disqus