Hommage a Kieślowski

Tomasz Kozłowski

A jednak ktoś czasem czyta moje eseje...

Rzutem na taśmę, raptem kilka dni temu dostałem zaproszenie na festiwal Hommage a Kieślowski, i to wprost do

panelu z Krzysztofem Piesiewiczem i Kazimierzem Kutzem.

> Dorota Paciarelli, dziękuję!

Co ja im powiem?...

 

 

Sokołowsko, 8-10 września. Twardy reset.

Zapraszam.

Kafka na diecie

Tomasz Kozłowski

Gdyby społeczeństwo konsumpcyjne było tytułem, podtytuł brzmiałby: wszystko na sprzedaż. I nie chodzi o to, że w dzisiejszych czasach każdą rzecz można zamienić w usługę w ramach szerszego abonamentu – od chrzcin po pogrzeby. Chodzi również o wszędobylski ekshibicjonizm. Autoerotyzm namiętnie uprawiany w galeriach społecznościowych portali. Narcyzm zahaczający o perwersję, nastawiony na pieszczenie się czyimiś lajkami. Jednym słowem – targowisko próżności, ogólny konsumencki bezwstyd.

Nie ma sensu licytować się na odnotowane przykłady przekraczania granic wstydu. (Jako – bądź co bądź – naukowca, uraża mnie najbardziej bezwstyd, a wręcz duma z własnej niewiedzy, dość już powszechna). A skoro tak, czy w dzisiejszych czasach w ogóle jest jeszcze miejsce na jakąkolwiek odmianę wstydu? Pytanie symptomatyczne samo w sobie. Pytanie z drugim dnem.

Wstyd to mechanizm, bez którego społeczeństwo nie może poprawnie funkcjonować, a którego pełne rozumienie wykształca się u ludzi w okolicach 3-4 roku życia. Wówczas mały człowiek zaczyna rozumieć, że w danej sytuacji oczekiwano od niego innego zachowania. Zaczyna odczuwać dyskomfort i rozumieć jego źródło. Oczywiście nie jest to jedyny mechanizm wspierający społeczną kontrolę. Narzędzie z nieco wyższej półki to sumienie. Z dużo niższej – strach i ból. A zatem, skoro konsumpcjonizm tak ochoczo wypiera wstyd – czy wracamy do prostszych formacji społecznych, opartych na lęku i przemocy? Możliwe, choć nie do końca.

Jeśli się dłużej zastanowić, konsumpcjonizm całkiem sprawnie stworzył obszar odgrodzony od reszty rozległymi pokładami wstydu. Wstydzimy się niepowodzenia, smutku, zwątpienia. Melancholia i jej pochodne to dziś prawdziwa terra prohibita. Lepiej tam nie zaglądać, nie tykać. A jeszcze lepiej się z takimi ciągotami nie ujawniać.

Na podobne rozterki mogą pozwolić sobie co najwyżej kohorty pokwitające, które z jakichś powodów uważają, że depresja i dół (a nawet samobójcze próby) mogą być modne. Wystarczy wspomnieć zbolałe nurty emo i goth. Jednak z chwilą wejścia na rynek pracy wypadałoby już odpuścić, porzucić czarniawe łaszki, założyć uśmiech, zapuścić (kto może) wypielęgnowaną hipsterską brodę i zostać barwnym apostołem nowej religii: rozwoju osobistego. Całym życiem, pracą, czasem wolnym, dietą, seksem, profilem na Facebooku i garderobą świadczyć należy o wewnętrznej równowadze, harmonii, samospełnieniu i samowiedzy.

Andre Spicer i Carl Cederström, autorzy „Pętli dobrego samopoczucia” po wirtuozowsku wskazują, że współczesna kultura z powodzeniem ruguje ze swojego repertuaru emocji smutek, zwątpienie, ból, rezygnację. Jednostki, które przeżywają podobne niepokoje są mniej produktywne, mniej konkurencyjne, a przez odstawienie ideologii fit – również narażone na częstsze choroby i urazy, a więc – droższe w utrzymaniu. Słowem, o krok od społecznego pasożyta!

Nie wypada być dziś niewesołym. Wypada za to chwalić się całym wachlarzem pozytywnych przeżyć, od urlopów, poprzez imprezy, rodzinne spędy, na treningach i żywieniu kończąc. Każda dziedzina powinna zaświadczać o uprawianiu prywatnego ogródka, wyznawanej filozofii dobrego życia i wypełnianiu stosownych sakramentów. Bo udana kariera, miłość, rodzina i szczęście to nic innego, jak wybór, którego wystarczy dokonać. I gotowe. Jeśli coś nie wychodzi – wina leży w nas samych. Jeśli czujesz się źle – zmień to, wybierz dobre emocje. Można? Można! Cóż, niekoniecznie. Pamiętajmy, że w naszej szczęśliwej epoce wskaźniki depresji, samobójstw i rozwodów mają się dobrze jak w żadnej innej. Przypadek?...

Nakreśliliśmy już szybki portret wiodących dziś prym, przypatrzmy się teraz ich wstydliwemu przeciwieństwu. Po drugiej stronie barykady znajdują się grupy odrzucone: szarzy, smutni, biedni, otyli, niewyznający żadnej z modnych ideologii, niepodążający za żadną dietą, bez harmonogramu crossfitu. Wstyd zarezerwowany jest właśnie dla nich, doprawia się im zatem stosowne wyrzuty sumienia i zaprasza do programów telewizyjnych, w których wszystkie dziedziny smutnego życia stosownie się poleruje. Pogubionym indywiduom funduje się trenerów, coachów, chirurgów, dietetyków, terapeutów, menadżerów i udowadnia, że nadwaga, bałagan w domu, tłusta cera i potłuczone relacje w rodzinie, a nawet podupadająca restauracja to nic innego, jak kwestia odpowiedniego – pozytywnego rzecz jasna – nastawienia i zaangażowania. Jeśli doskonały przepis nie zadziała – przegrałeś, człowieku, życie. Wstydź się. Jeśli działa – masz powód do dumy, dopieszczaj ego, bo zasłużyłeś. A inni niech zazdroszczą. Jakie to proste!...

(...)

Zapraszam do letniego wydania "Madame"

rys. banderlog/istokphoto

Mistrz ciętej riposty, czyli o przewadze integracji nad techniką

Marcin Jaroszewski

Forma lekka, ale treść nośna. Tyle ze wstępu, bo mamy już połączenie z naszym sprawozdawcą. Halo, Olsztyn!

Wolontariat: wyzwanie i inwestycja

Tomasz Kozłowski

Nie będzie dużą przesadą stwierdzenie, że wolontariat to w dzisiejszych czasach pojęcie, które zostało zepchnięte do głębokiej defensywy. Praca na rzecz innych, poświęcanie się dla rozwiązania jakiegoś ważnego społecznego problemu, a jednocześnie niepobieranie za to jakiegokolwiek wynagrodzenia to ogromne wyzwanie.

W świecie, który hołduje zasadzie „mieć” w miejsce „być” całkowite przeorganizowanie swoich priorytetów nie idzie w parze z głównym nurtem. Z badań przeprowadzonych na zlecenie Stowarzyszenia Klon/Jawor wynika, że w akcje dobroczynne zaangażowany był co szósty Polak (a dokładniej – 16%). Na tle Europy nie jest to porażająca skala, zwłaszcza, że np. w Holandii odsetek ten może być nawet dwukrotnie wyższy. Polacy nie są nauczeni pomagać, choć wynik ten z roku na rok przyrasta. Wolontariat wciąż pozostaje ideą, którą można pouprawiać niejako od święta. Zadeklarowane 16% to nie „pełnoetatowi” wolontariusze trwale zaangażowani w jakąś formę platonicznego działania, ale również – a może przede wszystkim – ci, którzy biorą udział w większych, jednorazowych „strzałach” w rodzaju kolejnego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dobre i to, raz na jakiś czas można uspokoić sumienie i wesprzeć potrzebujących, raz na jakiś czas można nawet samemu zaangażować się w kwestę lub podobną aktywność. Ale by uczynić z tego jakąś bardziej spójną narrację, coś, co stanowi ważny element naszego codziennego funkcjonowania – w dalszym ciągu wydaje się zbyt radykalnym krokiem. Tym bardziej, że pomoc wszystkim potrzebującym stanowi działanie częściowo wbrew ludzkiej naturze.

Czysty altruizm, jak dowodzą np. psychologowie ewolucyjni czy socjobiologowie, nie istnieje. Pomagamy na ogół albo krewnym, albo osobom, które w dłuższej perspektywie czasowej mogą się nam odwdzięczyć. Pomagamy też, by lepiej wypaść w oczach otoczenia, ewentualnie zagłuszyć wyrzuty sumienia. Pomoc cicha, anonimowa, nieoczekująca rewanżu to działania w społeczeństwie wszechkonsumpcji wprawdzie obecne, ale coraz rzadsze.

Tymczasem popularyzacja postaw bezinteresownych to niezmiennie ważna kwestia, tym bardziej, że w Polsce występują pewne strukturalne czynniki, które tego rodzaju działania utrudniają. Polska jest krajem o znacznych rozbieżnościach ekonomicznych. Nie brak jest licznych przykładów osób pławiących się w bogactwie, aż nazbyt duża jest również grupa ludzi funkcjonująca w skrajnej nędzy. Świadomość społeczna w kwestii istnienia tych rozbieżności również jest dość wysoka, choćby za sprawą środków masowego przekazu. Zewsząd możemy usłyszeć o horrendalnych wynagrodzeniach celebrytów podczas gdy inni, zapracowujący się, zarabiają często minimalną krajową – jeśli mają szczęście i nie pracują na czarno lub na śmieciowej umowie.

Dlaczego o tym piszę? Otóż, co niezwykle istotne, w krajach o wysokich rozbieżnościach ekonomicznych skłonność, by wykazywać postawy altruistyczne jest relatywnie niska. Przyjazne zachowanie, postawy obywatelskie, wysokie zaangażowanie mają znacznie większe szanse upowszechnienia się, gdy dystans dzielący bogatych i tych najbardziej potrzebujących jest mniejszy. Gdy piszę te słowa, mimowolnie wspominam czasy PRL. Byłem wówczas dzieckiem, ale dobrze pamiętam, że trudno było na moim osiedlu znaleźć przykłady indywiduów, które można by porównać z tymi dzisiejszymi, uzbrojonymi w kije bejsbolowe i noże. O podobnych przypadkach, nie mówiąc już o rozbojach, bestialskich pobiciach czy rozbojach, nikt nie słyszał. Były to czasy systemu słusznie minionego, który – mimo wszystko – sprawiał, że ludzie żyli na zbliżonym, choć niskim, poziomie. W tych trudnych okolicznościach wśród zwykłych ludzi dominowały postawy wzajemnej pomocy, serdeczności, zrozumienia. Wzajemna nienawiść czy pogarda wśród szeregowych obywateli należały do rzadkości. Dziś niestety postawy takie są znacznie częstsze. Prócz tego coraz szersze kręgi zatacza niebezpieczne zjawisko znieczulicy – sugeruje to, że po pierwsze ludzie przestają się czuć wspólnotą, po drugie, zaczyna dominować przekonanie, że ze strony innych nie czeka nas nic dobrego, a wręcz przeciwnie. Idea wolontariatu padając na taki grunt ma niewielkie szanse dobrze zakiełkować, choć jednocześnie jest potrzebna jak żadna inna. 

(...)

Całość w majowym "Dyrektorze Szkoły"! Zapraszam!!!

Rachunek sumienia

Tomasz Kozłowski

Wpadła mi niedawno w ręce „Książka dla ciebie” Ewy Mukoid. Przyznaję, że zawsze z dużym dystansem podchodzę do wszelakich poradników i innych przejawów „literatury samopomocowej”. W księgarniach zalegają całe tomy podobnych propozycji, od skleconych naprędce patchworkowych filozofii indywiduów znikąd, przez motywacyjne abecadła, aż po relaksujące (ponoć) kolorowanki dla znerwicowanych i agresywnych białych kołnierzyków. Do wyboru, do koloru. Ech, problemy pierwszego świata: realizować się na ścieżce tao, sklecić laleczkę voodoo symbolizującą moje życiowe lęki, czy może po prostu pójść na kurs ikebany?

„Książka dla Ciebie” jawiła mi się jako kolejny wykwit w tej menażerii książkowych osobliwości dla pseudo-potrzebujących. Przeglądając kolejne strony, wezbrało jednak we mnie całkiem niecyniczne współczucie. A co jeśli czytelnicy podobnych propozycji, ci pseudo-potrzebujący faktycznie wymagają wsparcia?

Tymczasem niezbędna dygresja. Dawno temu, jakieś pół wieku wstecz, David Riesman, psycholog społeczny, sformułował koncepcję człowieka wewnątrz- i zewnątrz-sterownego. Na podstawie różnych historycznych i współczesnych analiz wysnuł wniosek, że człowiek – w zależności od społeczno-kulturowego kontekstu i dominującego wzorca działania – może funkcjonować w oparciu o różne mechanizmy. Przykładowo, XVI-wieczny protestant, zgodnie ze swoją doktryną, oczekiwał tu na ziemi sygnałów od Najwyższego, że może po śmierci liczyć na nagrodę w niebie. Pan Bóg miał mu wówczas po prostu podsypać mamoną na znak, że będzie dobrze. Jesteś bogaty – Bóg cię lubi. Jesteś biedny – pewnie pójdziesz do piekła. Taka to była mniej więcej logika. Ponieważ bez pracy nie ma kołaczy, protestant na swój finansowy sukces w pocie czoła pracował. Jeśli udawało mu się gromadzić kapitał, mógł sobie pomyśleć, że Stwórca mu sprzyja i za jakiś czas zabierze go do raju. Taka postawa w ciągu życia zmuszała go do wyrzeczeń, pracy, oszczędności, ascezy, dyscypliny. Uczyła go charakteru, orientacji na daleki cel, cierpliwości i konsekwencji. Wszyscy wokół mogli pukać się w głowę – „człowieku, odpuść i korzystaj z życia!” – a on nie, on trwał przy swoim. Takie prawomyślne uparciuchy to zdaniem Riesmana kwintesencja wewnątrzsterowności.

Czasy się jednak zmieniły. Komunikacja międzykulturowa przyśpieszyła, pojawiły się nowe perspektywy, możliwości, orientacje, światopoglądy, wszystko się pomieszało i stało się, jak to w postmodernizmie, względne. W tak zmiennym i szybkim świecie wewnątrzsterowność mogła okazać się niekiedy kotwicą, balastem ściągającym jednostkę na dno. Należało chwytać okazje, dostosowywać się do zmian, uczyć się elastyczności, uników, sztuki przetrwania pod gradobiciem innych punktów widzenia. Racjonalizm przeszedł w emocjonalność. Asceza przemieniła się w orientację na przyjemność. Niezależność w zależność od opinii innych. Protestancka pokora w konsumpcyjny narcyzm. Głębokiej przemianie uległa również autorefleksja. Wewnątrzsterowni dążą do samopoznania. Zewnątrzsterowni przeglądają się w opiniach innych. Skutki tego mogą być – jak z wszystkim – dobre i złe. Dobrze jest wiedzieć, co myślą inni. Źle, jeśli jest to fundament naszego działania. Jeśli zbliżamy się do tej drugiej opcji, istnieje ryzyko, że sami o sobie zapomnimy wszystko, co istotne i zaczynamy żyć opiniami innych ludzi. Koniec dygresji. Wnioski? Problem wcale nie jest wyssany z palca i praca Ewy Mukoid unaocznia to z wszystkim bolesnymi konsekwencjami. To elementarz życia dla pogubionych, zewnątrzsterownych jednostek.

Autorka przeprowadza czytelnika, niemal za rękę, przez konstrukcję podręcznika. Tłumaczy mu, że najpierw musi on sobie odpowiadać na pytania kim jest, następnie czego pragnie, co robi, by spełnić swoje marzenia i tak dalej… Każdy z rozdziałów wypełniony jest dziesiątkami pytań, na które czytelnik musi samodzielnie odpowiedzieć. I zadanie to może okazać się niezmiernie trudne (a przecież nikt nie obiecywał, że podróż w głąb siebie będzie łatwa). Czy coś to przypomina? Owszem, ta książka to istny rachunek sumienia (nie tylko protestanckiego) współczesnego konsumenta i zabieganego pracownika. Co niezmiernie istotne – a jednocześnie interesujące – autorka prócz samych pytań zamieszcza również pola przeznaczone dla wypełnienia własną historią. Te zadania mogą okazać się szczególnie trudne i to nie dlatego, że spora część społeczeństwa ma już poważne problemy z budowaniem zdań podrzędnie złożonych, ortografią, albo że nie odróżnia „bynajmniej” od „przynajmniej”. Miejsca te to szansa na powtórną naukę narracji o własnym życiu. Z chwilą gwałtownego przyśpieszenia zapominamy, że nasze życie samo w sobie powinno stanowić opowieść, całość, którą dałoby się sensownie ułożyć, nawet jeśli poszczególne rozdziały okazują się trudne, wstydliwe czy gorzkie. Taki poziom autorefleksji to cecha dziś już rzadka, a przecież niezbędna do budowania poczucia porządku, równowagi, następstwa zdarzeń i przyczynowości we własnym życiu.

„Książka dla ciebie” na pewno w tym nie przeszkodzi. A pewnie pomoże.

 

fot. wundervisuals/istockphoto

Szpara w parkanie

Marcin Jaroszewski

Jakiś czas temu spotkałem w poradni chłopca. Przyszedł razem z matką skierowany przez szkołę. Powód zgłoszenia: niewłaściwe zachowanie; załącznik: opinia wychowawcy szkolnego – fabularyzowany wyciąg z dzienniczka uwag.

Wyścig po Graala

Tomasz Kozłowski

Praca w prywatnym sektorze edukacji ma ten plus, że człowiek się nie nudzi. Ani nie ma na to czasu, ani go na to nie stać. W przeciwieństwie do dużych, państwowych graczy, którzy nie muszą martwić się o rekrutację, „prywaciarze” nieustannie poszukują nowych rozwiązań. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć: nie pamiętam roku, w którym nie uczestniczyłem w tworzeniu nowego kierunku studiów. Sam współtworzyłem już cztery zupełnie nowe „produkty”. Ale poszukiwania nie są zakończone. Przypomina to pościg za Świętym Graalem. Towarzyszy temu szczególna atmosfera: niemal przez skórę czuć, że rynek się zmienia, więcej, że zmienił się świat wokoło i że edukacja przyszłości również musi inaczej wyglądać. Wielu wierzy, że do Świętego Graala doprowadzi zacieśniona współpraca z pracodawcami. To wiara, że kierunki muszą być blisko praktyki rynkowej, że muszą być bardziej „życiowe”.

Ale to wciąż za mało. To intensywne próby, ale bez zmiany czegoś więcej: paradygmatu myślenia. Innymi słowy, przypomina to trochę dalsze uszczegóławianie teorii Izaaka Newtona, jednak przełom, który doprowadził do stworzenia teorii względności – jeszcze nie nastąpił. Bo do tego potrzebne jest zupełnie inne myślenie i sporo odwagi.

Miałem okazję niedawno śledzić takie próby. W mojej szkole odbyły się warsztaty kreatywne, w których brali udział przedstawiciele najróżniejszych branż. W parę godzin mieli zaproponować kilka zupełnie nowatorskich obszarów. I zaproponowali. Nie licząc zestawu szczególnych kompetencji, specjalizacje dotyczyły m.in. bezpieczeństwa danych, zarządzania zmianą, nowych trendów w edukacji, a nawet… stomatologii. Zresztą mniejsza o to, jakie były to specjalizacje. Bilans odczytany został jednoznacznie: kilka zespołów zaproponowało kilka kierunków studiów. Wnet rozpoczęła się długa dyskusja, w której jedni bronili, a inni torpedowali tezę, że mamy do czynienia z faktycznie nowymi studiami. A ja poczułem, że, mimo wszystko, nadal uszczegóławiamy teorię Newtona.

I wtedy padł argument, który mnie zaciekawił: a może właśnie wymyśliliśmy kierunek przyszłości? Otóż to: kierunek. A nie kierunki. (...)

Cały felieton w kwietniowym "Dyrektorze Szkoły". Czytamy!... :)

Szkoła (pro)demokratyczna

Tomasz Kozłowski

Szkoła jest instytucją totalitarną. Gdyby tak nie było, nie trzeba by ukuwać terminu „szkoły demokratyczne” dla podkreślenia istnienia alternatyw. Ale nie znaczy to, że w totalnej strukturze niemożliwym jest przysposobić ucznia do życia w demokratycznym społeczeństwie. Problem w tym, że ono samo nie daje szczególnie dobrych przykładów.

Przy okazji zamieszania na polskiej scenie politycznej, jakiego mimowolnie wszyscy jesteśmy świadkami, przeczytałem ostatnio na jednym z internetowych forów takie oto słowa: totalitaryzm zaczyna się wtedy, gdy wszystko staje się możliwe. Zawieszę w tym momencie radykalne osądy dotyczące meandrów polskiej rzeczywistości parlamentarnej. Wystarczająco symptomatyczne jest już samo to, że w obecnym kontekście podobne aforyzmy po prostu padają na żyzny grunt.

Słowo „demokracja” odmieniane jest dziś przez wszystkie przypadki i liczby, nic więc dziwnego, że powraca pytanie nie tylko o to, jak uprawiać demokrację i jak pielęgnować jej istotę, ale także o to, w jaki sposób jej uczyć, zwłaszcza, że świadomość dotycząca mechanizmów funkcjonowania jest w Polsce wyjątkowo niska. Świadczą o tym choćby niepokojące dane, które sugerują, że spór wokół Trybunału Konstytucyjnego jest dla dużej grupy Polaków mało istotną sprawą. Polacy nie rozumieją roli tego organu, spór ma dla większości z nich zatem charakter wyłącznie słowny, fasadowy. Nietrudno również natrafić na internetowe świadectwa braku elementarnej wiedzy polskich uczniów w kwestiach absolutnie dla demokratycznego ustroju fundamentalnych. Wystarczy spytać o nazwę wyższej izby polskiego parlamentu, by statystyczny polski gimnazjalista utknął w martwym punkcie.

Odnoszę wrażenie, i prawdopodobnie nie jestem tu osamotniony, że nauka wartości demokratycznych w szkole w dzisiejszym systemie w głównej mierze opiera się na transferze wiedzy (tak jak zresztą lwia część całego programu nauczania, który wspieranie i popularyzowanie określonych postaw realizuje raczej w teorii).

Wiedza o społeczeństwie jako przedmiot w dalszym ciągu rozumiana jest w sposób wyjątkowo kanoniczny, nastawiony na transfer określonej porcji informacji. Sam mam okazję projektować/analizować ścieżki studiów podyplomowych dla nauczycieli w tym zakresie i składają się one w przeważającej mierze na wiedzy z zakresu struktur polityczno-ekonomicznych współczesnego świata. Ścisłym elementem jest również ich historyczno-kulturowe tło. Są to naturalnie części niezbywalne i z pewnością nie do pominięcia w procesie budowania obywatelskiej świadomości ucznia. Pytanie jednak, czy postawa demokratyczna opierać się ma li tylko na znajomości określonych pojęć i mechanizmów? W jaki sposób można zakorzeniać w uczniach określony system wartości? Jak spowodować, by ich wiedza znalazła odzwierciedlenie w faktycznych działaniach z myślą o przyszłości kraju i społeczeństwa? (...)

Więcej w kwietniowym "Dyrektorze Szkoły"! Zapraszam!

Nie lubię jej...

Dagmara Pietruszewska

Nie lubię jej... tej czarnej chudej suki, której biadolenie słyszę do dnia dzisiejszego. Nie lubię, gdy myśli, że chcę jej słuchać.. w sumie "nie lubię" jest zbyt delikatne... dziś powiem- nienawidzę jej...

Opór bierny, czy mierny

Tomasz Kozłowski

Rock umarł, śpiewał o tym już dawno Marylin Manson. Komu jak komu, ale jemu w tej kwestii chyba można wierzyć. Sam zresztą zgadzam się z tym twierdzeniem. Muzyka rockowa od samego początku oscyluje w całości między tylko kilkoma zasadniczymi funkcjami, największe przeboje jest w stanie z grubsza odtworzyć byle amator, schematy utworów, a nawet całych albumów, są przewidywalne, funkcjonują z powodzeniem jako jakaś idea, całkowicie poza nieugiętą rzeczywistością pięciolinii, co oznacza, że można je grać jak bądź, a i tak każdy pozna. Formuła musiała się prędzej czy później wyczerpać. Instrumentarium praktycznie zaprzestało twórczej ewolucji jeszcze w latach siedemdziesiątych, warstwę melodyczną opisują ledwie dwie najprostsze skale, przy czym dokonania nurtów art i psychedelic można potraktować jako wybitne, ale jednak, aberracje. Wybitne z uwagi głównie na romanse z wątkami umacniającej się w tamtych latach elektroniki. Sam jednak rock jest gatunkiem bezwstydnie prostym, w rzeczy samej, dziecinnym, typowym dla nieoszlifowanych gustów. To rozrośnięte, co prawda do rozmiarów potężnej tradycji, ale wciąż dźwiękowe przedszkole. Brzmi brutalnie? To może inaczej: tak jest od niedawna. Bo rock to muzyka buntu, to dźwięki, które programowo mają stawać okoniem. A z dzisiejszym buntem bywa już różnie. Dlatego, owszem, umarł, ale bynajmniej nie śmiercią naturalną. Rock wyzionął ducha powoli, choć tragicznie, w starciu z wygodą.

Oglądałem niedawno dokument o historii festiwalu w Jarocinie. I jak nie przepadam za samym rockiem, tak kolejny raz utwierdziłem się w przekonaniu, że odmiana punk po dziś dzień brzmi szczególnie autentycznie, chyba jako ta najbardziej ideowo zaangażowana. I snując takie rozważania, z dużym sentymentem przyglądałem się szarobrudnemu tłumowi, który pogował do standardów Siekiery, Dezertera, Farben Lehre i, jak w znanym hymnie, „spijał słowa” z ust wokalisty. Na twarzach uczestników widać było, prócz tanecznej ekstazy, błogość, radość z bycia wolnym, ale też przekorę wobec działań totalitarnego systemu.

Czy można by to określić świadomym, obywatelskim nieposłuszeństwem? Zapewne. W ślad za tymi zdjęciami podążały przebitki w festiwalu, którego edycje odbywały się już całkiem niedawno. Muzyka niby ta sama, ale klimat… chyba już nie ten. Wcześniejszą wolność od święta zastąpiło święto samowolki. Nie lubię takiego mentorsko-zrzędliwego tonu, ale ogarnęła mnie jakaś przedziwna nostalgia, gdy obok rzeki piwa, płynęła rzeka wymiocin i wulgaryzmów. Ideowy opór został zastąpiony trochę już chyba bezideowym. I czy jest to wciąż opór? Jeśli tak, to na jakich prawach i przeciwko czemu?

W młodej części społeczeństwa narasta jakieś przedziwne napięcie. Nie wiem, czy można je nazwać już buntem, ale z pewnością nie przyczynia się ono – jak ujęliby to zapewne pozytywni psychologowie – do powiększenia dobrostanu. Jest ono dyskretne, choć doskonale zauważalne, choćby pod postacią internetowych memów, które gloryfikują czasy minione i jednocześnie piętnują teraźniejszość a dokładniej – niedaleką, czyhającą już, przyszłość, utożsamianą z dorosłością, by nie powiedzieć – z przegraną na całej linii. To również symptomatyczne zjawisko. Start w dorosłe życie jeszcze kilkanaście lat temu był swoistym Świętym Graalem młodości. Dziś jest już smutną, odwlekaną, ale jednak koniecznością. Przykładowo, trafiłem niedawno na zdjęcie pokiereszowanej zjeżdżalni. A dokładniej – osieroconej drabinki prowadzącej na małą platformę. Ot i cała konstrukcja. Żadnej części „jezdnej”. Podpis pod zdjęciem oznajmiał: symulator życiowego startu po ukończeniu studiów. To tylko jeden drobny przykład.

Żeby nie być gołosłownym wspomnę o zaledwie dwóch „nurtach”, ale za to bardzo wyrazistych. Pierwszy z nich to memy spod znaku „jeśli to pamiętasz, to miałeś fantastyczne (w oryginale termin znacznie dobitniejszy) dzieciństwo”. Cały dowcip polega na tym, że w cyklu tym prezentowane są zdjęcia do bólu prozaicznych przedmiotów. Pojawiają się tam np.: rower, kapsle i karty z piłkarzami, kasety magnetofonowe, bohaterowie wieczorynek, trzepak, planszowe gry, proca – tylko tyle i aż tyle. Niedawno można było natrafić również na zdjęcie… psa (na marginesie: nieuleczalni pesymiści pokusili się również o zamieszczenie flagi Unii Europejskiej). Drugi cykl to „gimby nie znajo” ew. „gimby nie pamiętajo” (pis. oryg.) – który ma zbliżoną, humorystyczno-sentymentalną wymowę. I w tym przypadku przedstawiane są rzeczy powszechnie znane nieco starszej niż tytułowe gimby generacji, dziś natomiast masowo zapominane. Przykład to zdjęcie ołówka i kasety magnetofonowej. Bo „gimby nie pamiętajo”, co te dwa przedmioty mogą mieć ze sobą wspólnego. W memach tych kryje się nostalgia za czasem minionym połączona z nieskrywanym politowaniem dla najmłodszego pokolenia, kohorty wykorzenionej, ofiar etyki nadmiaru i estetyki przesytu. To również podprogowy przekaz mówiący: ta grupa nic nie wie, niczego nie umie. Ta grupa nic nie zrobi, niczego nie dokona. I jak żyć?

Z drugiej strony zauważalne są treści będące rozszerzeniem tematyki „zjeżdżalni bez zjazdu”, a więc konfrontacji z dorosłością. Młodzi dorośli odczuwają autentyczny strach. Koniec studiów postrzegany jest jako śmierć wieku niewinności, rezygnacja z marzeń, kwintesencja obaw. Co ciekawe, memy tego rodzaju wcale nie były rozpowszechnione jeszcze kilka lat temu, zupełnie tak, jakby pokolenie internautów nagle doświadczyło stosownego przebudzenia, bo gdzie te obawy były wcześniej? To niepokojący paradoks, że w – teoretycznie – wolnym kraju, będącym bądź co bądź cząstką kultury zachodniej, wejście w dorosłość kojarzy się z jakąś formą rezygnacji, tym bardziej, że konsumpcyjny system wartości stara się zapewniać nas, że nie musimy, nie powinniśmy rezygnować z niczego. (...)

Całość już niebawem w miesięczniku "Odra"