Generalnie było optymistycznie...

Tomasz Kozłowski

...nie licząc paneli w temacie kondycji ogólnej ;)

(tu z Dorotą Paciarelli i Krzysztofem Piesiewiczem)

Sokołowsko 8-10 września, VII Hommage a Kieślowski

Efekt motyla

Tomasz Kozłowski

Pochodzę z Konina i chyba nie przesadzę, gdy powiem, że w moim rodzinnym mieście co prawda było i jest nadal kilka liceów, ale jakoś tak wyszło, że w zasadzie tak naprawdę liczyły się tylko dwa. I tu też bez finezji: I-sze i II-gie. Pomiędzy tymi najprężniejszymi ośrodkami nastoletniej myśli konińskiej trwała w najlepsze niepisana zimna wojna. A za tą rywalizacją maszerował pochód stereotypów. Potęga tradycji vs. powiew nowoczesności. Stary Konin vs. Nowy Konin. Świetni ścisłowcy vs. wszechstronni humaniści. „Mędrca szkiełko i oko” vs. „miej serce i patrzaj w serce”.

Moim czteroletnim przystankiem w drodze na studia było akurat II LO, za mej kadencji bezimienne, od kilkunastu lat im. K.K. Baczyńskiego. W mym przekonaniu – do dziś – najlepsze. Można się nie zgadzać, nie szkodzi, stara miłość nie rdzewieje. W szczególności wiosną, gdy nachodzi mnie wspomnienie matur i gdy coś człowieka gniecie pod mostkiem.

A jesienią, jak dziś, gdy pojawia się tyle około-edukacyjnych świąt i gdy wakacje są już historią, człowiek tym bardziej wraca myślą do szkolnych korytarzy. A jak znajdzie jeszcze chwilę lub dwie, zdarza się, że poduma nad tym, co, kto i kiedy przeorał mu późniejszy – bardziej już dojrzały – światopogląd. Bywa czasami, że zadziała tu efekt motyla: niedostrzegalna zmiana powietrza z biegiem czasu powoduje na drugiej półkuli tajfun. Tak chyba było i w moim przypadku. Za mój efekt motyla, pewnie jeden z wielu, odpowiadała genialna polonistka, mówmy o niej „Profesor Anna”.

(...)

Więcej o Profesor Annie już niebawem w październikowym felietonie w "Dyrektorze Szkoły" :)

fot. Sami Sert/istockphoto

Sprawdzam

Marcin Jaroszewski

To właściwie miała być formalność – chciałem upewnić się, co do skuteczności motywowania z wykorzystaniem wzbudzania pożądanych emocji, których siłę oddziaływania wzmacnia dodatkowo metaforyczny charakter komunikatu.

Popyt na chandrę

Tomasz Kozłowski

„Jestem melancholikiem i jestem z tego dumny”.

Z takim zdaniem wielu mogłoby się utożsamić, w tym również i ja sam. Wiem to od czasu, gdy usłyszałem, że „jestem depresyjny”. Co nie znaczy, że mam depresję. Ot, w przekładzie na polski, lubię zrzędzić. A przynajmniej tak to zrozumiałem. Ale nie w tym rzecz, mam wrażenie, że ci „depresyjni” to już nie odosobnione przypadki, ale masowy trend. Wisielczy nastrój może być już czymś więcej niż chwilowym, indywidualnym zaburzeniem: mam na myśli modę, a to już zjawisko trwalsze.

Późną jesienią mam osobliwy rytuał. W jednym z poznańskich klubów w tym czasie zazwyczaj urządza sobie popas jakaś gotycka kapela. Idę na taki koncert nie po to, by wsłuchiwać się w ich egzaltowane teksty. Wersy o płaczących krwią niebiosach, upadłych aniołach, bezsensie życia, tęsknocie za słodyczą śmierci, bólu istnienia – po prostu mnie śmieszą. Mimo to chodzę w takie miejsca, by obserwować młodzież (młodszą i starszą) gotową spijać słowa z ust trupiobladych wokalistów. Fani takich grup na ogół powciskani są w kruczoczarne fatałaszki, jak w filmach o wampirach klasy C lub D. Mogą to być rozkloszowane koronkowe suknie, sznurowane od kostek po same szczęki gorsety, i tak dalej. I makijaż! Czerń i biel. Ewentualnie kropla czerwieni, bo nawet trupie serca tłoczyły wcześniej jakąś tam krew. …I to czarne morze na dźwięk wybranych refrenów, zaczyna ożywać i faluje. Ale rytuałowi temu bliżej jest do samobiczowania, niż do tańca. Trochę jak w „Sali samobójców”. Czego to ludzie nie wymyślą! Doświadczenie – jak dla antropologa – bardzo ciekawe, za każdym razem.

Może myślisz, drogi Czytelniku, że podobne zjawiska są generalnie rzadkie, że to pewne ekstremum. Otóż nie! Może jest tak w kwestii formy, ale nie treści. Dowód? Proszę bardzo. Wakacje się skończyły. No i się zaczęło. Back to work blues, czyli pourlopowa bolączka powrotu do pracowniczego kieratu zbiera swoje żniwo. Blues tego typu pobrzmiewa już w ostatnich dniach wakacji, jednak prawdziwe serenady mają miejsce po przekroczeniu progu zakładu pracy. Ponowne przysposabianie do czynności tak słodko zaprzestanych potęguje wrażenie życiowej porażki: idę tylko do pracy, jak zawsze, a czuję się, jakbym wstępował na szafot. Ratunku!

I nieważne, do jakich wniosków dochodzimy. Idziemy na biurową kawę i nagle okazuje się, że nie jesteśmy sami. Szybko rozmowy na temat tego, jak bardzo komu się po wakacjach nie chce, zaczynają przypominać licytację. Zupełnie tak, jakby był to jakiś pokrętny sposób chwalenia się przed całą resztą. Kto kogo przebije?

(...)

...Więcej w jesiennym SlowLife Food & Garden!

Historia pewnego czworonoga

Tomasz Kozłowski

Czy mówiłem już, że mam kota? A dokładniej kotkę. Mam. To, że ją mam jest bardziej wymowne, niż można by sądzić. Bo już miałem ją wydawać.

Nie dorobiłem się jakichś sensownych dobrych zdjęć. Pomogę sobie Googlem. Mały dziko umaszczony abisyńczyk – Lola jakieś pięć lat temu – wygląda tak:

Forma dorosła – i Lolens dziś – prezentuje się tak:

Można się zabujać? Można jak cholera.

Mimo to po pewnym czasie każdy miał jej po kokardę, jako że Lolka upatrzyła sobie tylko mnie, a całą resztę traktowała chłodno. Tak to z kotami bywa, że jak sobie człowieka wybiorą na przewodnika stada, to nie chcą się nim dzielić, nawet (w szczególności) z jego własną żoną, nie mówiąc już o reszcie rodziny. Do przewodnika stada zresztą też jakoś kontrargumenty niezupełnie po prostej trafiają. Nikt nie chciał o niej słyszeć, choć przyznawał ku memu zadowoleniu: spójrzcie jak ona na niego patrzy! Co z tego, skoro generalnie syczy. I nie daje się głaskać. I w końcu zagryzie której nocy! Tomek, odpuść sobie to zwierzę.

Życie na przekór wszystkim i wszystkiemu staje się na dłuższą metę nie do zniesienia.  

Zacząłem się zatem powoli przyzwyczajać do myśli o rozstaniu z moją sierściuchą, prawdopodobnie najlepiej wytresowaną w tej części Europy – gotową turlać się na komendę, podawać łapę, prawą, lewą, dawać lekkiego buziaka w czubek nosa, obchodzić dookoła, no, czego dusza zapragnie – ze świadomością, że pewnie amputuję jej spory kawał rozumienia świata. Sobie zresztą też. Trudno mi było pojąć, że już nie będzie: jej pourlopowych powitań od samych drzwi (i podłogi wzorowo zarzyganej z tęsknoty i stresu), zwalania mnie z poduszki w środku nocy, ciasta poobgryzanego z kruszonki, budzenia z łapką na policzku, gruchania z prośbą o napełnienie michy, towarzystwa przy myciu zębów, a z mojej strony – wąchania poduszki, która pachnie sierścią i sierści, która pachnie poduszką, jedzenia śniadań z nią na kolanach, dzielenia się z nią boczkiem z jajecznicy (wiem, nie powinienem), brzucha obolałego ugniataniem, ściągania z klawiatury laptopa albo z najwyższego regału, brania śpiącej kulki nocą z fotela do łóżka.

Już, już szukałem jej spokojnych zastępczych kolan należących do jakiejś cierpliwej emerytki.

To było ładnych kilka miesięcy temu.

I wiecie co? Wciąż tu jest.

Nie pytajcie mnie, jak to zrobiła.

Długo mówiłem jej: "ja cię tylko bardzo lubię, Loluś". Już jej tak nie mówię i chyba jej to pasuje. Mruczy i mruży oczy. 

Back to work blues...

Tomasz Kozłowski

...w tym roku mnie dziwnym trafem ominął.

Czego i Wam życzę!

Ostatni taki urlop

Tomasz Kozłowski

Sierpień w pełni. Z każdym dniem bliżej do września, do końca wakacji. Ostatni tydzień dla uczniów będzie już totalną udręką. Dopadnie ich back to school blues, czyli młodzieżowa wersja przypadłości ich rodziców, którzy od dawna już nie potrafią cieszyć się urlopem. Podobnie nauczyciele. Ci ostatni mają do tego mnóstwo powodów.

Z raportu Instytutu Badawczego Randstad sporządzonego w 2015 r. wynika jasno, że aż dwie trzecie Polaków nie potrafi wypoczywać. Myśli o pracy, o pozostawionych zadaniach, jest pod telefonem, co gorsza – nawet 60% otrzymało od szefa służbowe polecenie pozostawania w kontakcie! Niestety, nic nie wskazuje na to, by trend miał się w jakikolwiek sposób odwrócić. Nie ma również podstaw, by przyjąć, że problem ten z jakichś powodów nie dotyczy nauczycieli. Szczególnie w kontekście przemian, które zadziały się ostatnimi czasy. Powrót do pracy będzie dla bardzo wielu polskich nauczycieli czymś znacznie więcej: będzie krokiem w zupełnie nową rzeczywistość, z nowymi zadaniami, wyzwaniami, z nowym stresem, z nowym nieznanym.

Paradoksem społeczeństwa konsumpcyjnego jest nieustanne nastawienie na zabawę i promowanie jej wszelakich form i przejawów przy jednocześnie malejącej umiejętności faktycznego bawienia się i czerpania z niego zwyczajnej radości. Konsumpcja na ogół kojarzona jest z czasem wolnym. Jednak bawienie się, rozrywka i wspomniany czas wolny, zatraciły dziś niejako swoją dotychczasową funkcję. Ich pierwszorzędnym celem przez długie lata było przede wszystkim dobre samopoczucie uczestników. Jednak w dzisiejszych czasach rozrywka jest przede wszystkim specjalnym komunikatem dla naszego społecznego otoczenia, tego najbliższego i tego dalszego, zdecydowanie mniejszą rolę odgrywają w tym procesie nasze subiektywne odczucia. Wystarczy, że inni myślą, że doskonale się bawimy i że nas na to stać.

Doskonale proces ten opisał choćby Jeffrey Miller w „Teorii szpanu”. W pracy tej przedstawił tezę, zgodnie z którą każda decyzja współczesnego konsumenta jest jednocześnie subtelną i konkretną informacją wysyłaną w eter na temat naszego statusu społecznego i związanych z nim możliwości, w dłuższej perspektywie – potencjału rozrodczego. Antropologowie doskonale wiedzą, że status ma kluczowe znaczenie w procesach doboru płciowego. Pozwala on bowiem przewidywać, jak układać się będzie wspólne pożycie, w związku z czym konsumenckie decyzje mają świadczyć o nas jako o potencjalnych partnerach a ich zadaniem jest przedstawić nas w lepszym świetle. Mogą być to perfumy, bezglutenowe pieczywo, najnowszy kryminał, samochód, wystrój mieszkania, nadruk na t-shircie, czy wreszcie sposób spędzania urlopu. To nic innego jak reklama. Nasze wakacyjne podróże tylko pośrednio mają więc służyć naszej regeneracji. W pierwszej kolejności są one czymś na kształt mniej lub bardziej kosztownej strategii promocji.

Co gorsza, tempo współczesnego życia, jak również stres dopadający coraz większą liczbę Polaków w ich zakładzie pracy powodują, że odpoczynek staje się dziś prawdziwym wyzwaniem. O pracy – również o pracy w szkole – coraz trudniej zapomnieć, co zresztą staje się niewyczerpanym źródłem dla internetowych memów (które osobiście uważam za interesujący miernik społecznych nastrojów). Tematem memów jest choćby back to work blues, czyli zjawisko niszczące na ogół drugą połowę urlopu. O ile pierwsze dni upływają Polakom na aklimatyzacji do nowego miejsca pobytu, następne przypominają już o nadchodzącym końcu wypoczynku. Pojawia się rozgoryczenie, a wraz z nim coraz trudniej skupić się na czerpaniu jakichkolwiek przyjemności z pobytu. Całą uwagę zaprząta myśl o konieczności powrotu do pracy. W międzyczasie dopadają nas myśli o nieodebranej korespondencji, piętrzących się podczas naszej nieobecności zadaniach, górze nowych obowiązków i wyzwań, która spadnie na nas w chwili, gdy tylko otworzymy skrzynkę mailową lub odbierzemy telefon komórkowy od szefa lub znajomego pracownika.

Czasem napięcie odczuwane podczas urlopu skutkuje możliwością rozchorowania się, co przytrafia się przypadkom najtrudniejszym, czyli pracoholikom. Drastyczna zmiana związana z brakiem zawodowych napięć sama w sobie jest dla organizmu wstrząsem, na który reaguje nagłym spadkiem formy i w efekcie – chorobą, która doszczętnie już rujnuje wypoczynek.

(...)

więcej z sierpniowym "Dyrektorze Szkoły" - zapraszam do lektury!

Kompletnie nie znam się na sztuce

Tomasz Kozłowski

Kompletnie nie znam się na sztuce. Ale mimo to - jakoś mnie ścięło.

Joanna Gniady - Sunset

Miłego końca wakacji - to już niedługo.

Hommage a Kieślowski

Tomasz Kozłowski

A jednak ktoś czasem czyta moje eseje...

Rzutem na taśmę, raptem kilka dni temu dostałem zaproszenie na festiwal Hommage a Kieślowski, i to wprost do

panelu z Krzysztofem Piesiewiczem i Kazimierzem Kutzem.

> Dorota Paciarelli, dziękuję!

Co ja im powiem?...

 

 

Sokołowsko, 8-10 września. Twardy reset.

Zapraszam.

Kafka na diecie

Tomasz Kozłowski

Gdyby społeczeństwo konsumpcyjne było tytułem, podtytuł brzmiałby: wszystko na sprzedaż. I nie chodzi o to, że w dzisiejszych czasach każdą rzecz można zamienić w usługę w ramach szerszego abonamentu – od chrzcin po pogrzeby. Chodzi również o wszędobylski ekshibicjonizm. Autoerotyzm namiętnie uprawiany w galeriach społecznościowych portali. Narcyzm zahaczający o perwersję, nastawiony na pieszczenie się czyimiś lajkami. Jednym słowem – targowisko próżności, ogólny konsumencki bezwstyd.

Nie ma sensu licytować się na odnotowane przykłady przekraczania granic wstydu. (Jako – bądź co bądź – naukowca, uraża mnie najbardziej bezwstyd, a wręcz duma z własnej niewiedzy, dość już powszechna). A skoro tak, czy w dzisiejszych czasach w ogóle jest jeszcze miejsce na jakąkolwiek odmianę wstydu? Pytanie symptomatyczne samo w sobie. Pytanie z drugim dnem.

Wstyd to mechanizm, bez którego społeczeństwo nie może poprawnie funkcjonować, a którego pełne rozumienie wykształca się u ludzi w okolicach 3-4 roku życia. Wówczas mały człowiek zaczyna rozumieć, że w danej sytuacji oczekiwano od niego innego zachowania. Zaczyna odczuwać dyskomfort i rozumieć jego źródło. Oczywiście nie jest to jedyny mechanizm wspierający społeczną kontrolę. Narzędzie z nieco wyższej półki to sumienie. Z dużo niższej – strach i ból. A zatem, skoro konsumpcjonizm tak ochoczo wypiera wstyd – czy wracamy do prostszych formacji społecznych, opartych na lęku i przemocy? Możliwe, choć nie do końca.

Jeśli się dłużej zastanowić, konsumpcjonizm całkiem sprawnie stworzył obszar odgrodzony od reszty rozległymi pokładami wstydu. Wstydzimy się niepowodzenia, smutku, zwątpienia. Melancholia i jej pochodne to dziś prawdziwa terra prohibita. Lepiej tam nie zaglądać, nie tykać. A jeszcze lepiej się z takimi ciągotami nie ujawniać.

Na podobne rozterki mogą pozwolić sobie co najwyżej kohorty pokwitające, które z jakichś powodów uważają, że depresja i dół (a nawet samobójcze próby) mogą być modne. Wystarczy wspomnieć zbolałe nurty emo i goth. Jednak z chwilą wejścia na rynek pracy wypadałoby już odpuścić, porzucić czarniawe łaszki, założyć uśmiech, zapuścić (kto może) wypielęgnowaną hipsterską brodę i zostać barwnym apostołem nowej religii: rozwoju osobistego. Całym życiem, pracą, czasem wolnym, dietą, seksem, profilem na Facebooku i garderobą świadczyć należy o wewnętrznej równowadze, harmonii, samospełnieniu i samowiedzy.

Andre Spicer i Carl Cederström, autorzy „Pętli dobrego samopoczucia” po wirtuozowsku wskazują, że współczesna kultura z powodzeniem ruguje ze swojego repertuaru emocji smutek, zwątpienie, ból, rezygnację. Jednostki, które przeżywają podobne niepokoje są mniej produktywne, mniej konkurencyjne, a przez odstawienie ideologii fit – również narażone na częstsze choroby i urazy, a więc – droższe w utrzymaniu. Słowem, o krok od społecznego pasożyta!

Nie wypada być dziś niewesołym. Wypada za to chwalić się całym wachlarzem pozytywnych przeżyć, od urlopów, poprzez imprezy, rodzinne spędy, na treningach i żywieniu kończąc. Każda dziedzina powinna zaświadczać o uprawianiu prywatnego ogródka, wyznawanej filozofii dobrego życia i wypełnianiu stosownych sakramentów. Bo udana kariera, miłość, rodzina i szczęście to nic innego, jak wybór, którego wystarczy dokonać. I gotowe. Jeśli coś nie wychodzi – wina leży w nas samych. Jeśli czujesz się źle – zmień to, wybierz dobre emocje. Można? Można! Cóż, niekoniecznie. Pamiętajmy, że w naszej szczęśliwej epoce wskaźniki depresji, samobójstw i rozwodów mają się dobrze jak w żadnej innej. Przypadek?...

Nakreśliliśmy już szybki portret wiodących dziś prym, przypatrzmy się teraz ich wstydliwemu przeciwieństwu. Po drugiej stronie barykady znajdują się grupy odrzucone: szarzy, smutni, biedni, otyli, niewyznający żadnej z modnych ideologii, niepodążający za żadną dietą, bez harmonogramu crossfitu. Wstyd zarezerwowany jest właśnie dla nich, doprawia się im zatem stosowne wyrzuty sumienia i zaprasza do programów telewizyjnych, w których wszystkie dziedziny smutnego życia stosownie się poleruje. Pogubionym indywiduom funduje się trenerów, coachów, chirurgów, dietetyków, terapeutów, menadżerów i udowadnia, że nadwaga, bałagan w domu, tłusta cera i potłuczone relacje w rodzinie, a nawet podupadająca restauracja to nic innego, jak kwestia odpowiedniego – pozytywnego rzecz jasna – nastawienia i zaangażowania. Jeśli doskonały przepis nie zadziała – przegrałeś, człowieku, życie. Wstydź się. Jeśli działa – masz powód do dumy, dopieszczaj ego, bo zasłużyłeś. A inni niech zazdroszczą. Jakie to proste!...

(...)

Zapraszam do letniego wydania "Madame"